Jan Krzysztof Piasecki - strona autorska

poezja     proza
 

FRAGMENTY KSIĄŻKI JANA KRZYSZTOFA PIASECKIEGO
"PIERWSZA WIOSENNA i INNE OPOWIADANIA"

Copyright © by Jan Krzysztof Piasecki

"Pierwsza wiosenna"  
"Krewni i znajomi królika"
   
"U fryzjera"
   
"Opowiadanie o dziadku"   
"Zupa"
   
"Przyjaciele"   
"Różyczka"   

 

 

"Pierwsza wiosenna" (fragmenty opowiadania)

powrót na górę

Halina brała prysznic. Za ścianą łazienki był pokój z  wielką szafą ubraniową, przytuloną do tej ściany. Rysio siedział nago na skraju łóżka, przy szafie. Znieruchomiały, przygarbiony, o twarzy bez wyrazu - z  wysiłkiem, powolutku obracał w głowie jedną myśl, jakieś zamglone pytanie, coś sobie próbując przypomnieć. Najchętniej wsunąłby się do szafy i tam, słuchając szmeru wody, wśród ubrań Haliny zapadłby w mocny sen bez marzeń, najlepiej na zawsze.
    Wiosna zaczynała się dla Rysia w połowie stycznia. Jak czuły radar, co roku odbierał o tej porze wzmożoną wibrację natury, krew w żyłach przyśpieszała biegu, a jego działania - najpierw nadzwyczaj planowe, szybkie i precyzyjne - w ciągu krótkiego czasu stawały się bezładne, zaś dążenia sprzeczne, niespójne. W końcu cała ta gonitwa zamierała i Ryszard stawał się cichy, bezwolny, pełen lęku, pozbawiony napędu - jak auto bez silnika. Taki stan ducha powtarzał się zawsze jesienią. Na inne terminy nie było reguły. Tylko "pierwsza wiosenna" nadchodziła zawsze dwa razy w roku o swojej stałej porze.
    Gdy Halina weszła do pokoju, Rysio tkwił w takiej samej pozycji, w jakiej go zostawiła idąc do łazienki. Pogładziła go teraz po głowie, przytulając się do niego bokiem, opiętym w żółty szlafrok. Nie była zaspokojona lecz starała się grać. Rysio nie odpowiadał jej fizycznie, a ona jemu jeszcze mniej. Ale potrzebowali się.
    Halina liczyła na małżeństwo. Chciała mieć Rysia na całe życie, starzeć się przy nim, wracać do niego ze swoich dalekich rajdów konnych... Bardzo się bała samotności na starość.
    Rysio jej potrzebował, by nie być zupełnie sam. Brał ją jak naczynie, które po użyciu odstawia się na półkę do następnego razu.
    Widziała to. "Taki zimny jak sopel lodu" - skarżyła się melodyjnym głosem.
    Oboje przekroczyli czterdziestkę i ona rozpaczliwie chciała mieć dziecko, a on jej tego odmawiał. Aż nagle raz użyźnił jej stęsknione ciało. Czy był to poryw serca, czy kaprys? Ale za późno, za późno... Tej dzielnej, upartej kobiecie Bóg postanowił odmówić potomstwa. Za jaki grzech? Wtedy - zaspokojona i pełna nadziei - siedziała w letniej, żółtej sukience na skarpie Jeziorka Czerniakowskiego i spoglądała w dół, na wodę, gdzie on powoli płynął do drugiego brzegu, wymęczony, jak zgoniony psiak. .............
    .................................................
    ....Jechał przez Budy Józefowskie. Była to wieś "ulicówka", skupiona wzdłuż bitej, szerokiej drogi, z  domami i obejściami leżącymi gęsto po obu stronach. Za domami po prawej były zarośla, a po lewej rozciągał się ugór - szmat ziemi płaski jak stół, piaszczysty, skąpo porośnięty niskimi chwastami i tak rozległy, że zapewne mógłby tu wylądować samolot.
    Miejscowi spacerowali wzdłuż drogi lub stali w grupkach i rozprawiali o czymś przy furtkach. Wiele twarzy było pokraśniałych od alkoholu, a chód niejednego przypominał zygzakowaty pląs. Rysio pomyślał, że do niedawna ci ludzie trzymali się swego miejsca, mieli swoje zwyczaje i rytuały postępowania, gwarę, stroje, dochody z gospodarstw, a co za tym idzie - stabilizację... Wiele spraw i wyborów, wielce skomplikowanych dla mieszczucha, dla nich było oczywistymi. A teraz ta społeczność została rozbita na kawałeczki. Z  ziemi nie sposób wyżyć, o kredytach na rzemiosło nie ma co marzyć, w pobliskich miastach nie ma pracy... i ludzie nie wiedzą już kim są - chyba letnikami na swoich własnych gospodarstwach...
    Jadącemu powolutku Rysiowi zdawało się, że wszyscy się na niego patrzą i raczej nie mylił się. Pedałował coraz bardziej przygarbiony i niepewny siebie. Właściwie nie wiedział, dokąd jechać i co ze sobą zrobić do szóstej. Pomyślał, że trzeba wracać do domu. Dojechał właśnie do asfaltowej szosy. Na tablicy drogowej była napisana odległość do Grodziska Mazowieckiego: siedem kilometrów. Mógłby się puścić pędem, prosto do stacji. Lecz zamiast tego, przekroczył asfalt.
    W przydrożnym sklepie kupił bułkę i kefir. Czy ten wzburzony człowiek, który coś tłumaczył sprzedawcy i ujrzawszy wchodzącego Rysia umknął na zaplecze - czy to nie był sklepikarz z  domu na Budzkich Rozstajach? Rysio, jedząc w sklepie posiłek, bacznie spoglądał w głąb sklepiku, ale nikogo już tam nie było...
    Bitą drogą ruszył wzdłuż rzeczki w nieznaną okolicę. "Halina byłaby ze mnie dumna" - pomyślał.
    "Klin wybijaj klinem. Jak jesteś zmęczony, jeszcze trochę z  siebie daj, przemóż się - mawiała Halina. Jeździła na rajdy konne po Polsce, przemierzała w siodle dziesiątki kilometrów dziennie. Wracała wyczerpana, mizerna, ale szczęśliwa. - Dałam sobie w kość - mówiła. - Teraz mogę pomieszkać w mieście".
    Taka twarda była Halina - jedna z  tych kobiet w jego życiu, które powtarzały sposób zachowań jego nieugiętej matki. Jak nieraz stwierdzał, te silne kobiety były bardzo samotne. Konsumowały od czasu do czasu jakiegoś słabeusza, a poza tym nudziły się. Toteż wynajdywały sobie różne oryginalne zajęcia, w których można było sprawdzić się i zatracić. .......................
    ..............................................................
    ....Przez chwilę trwał w półśnie, nie wiedząc gdzie jest. W nagłym, ostrym przebłysku jasnowidzenia poczuł, że grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo, jakaś ostateczna katastrofa. Wygrzebał się ze stogu, poprowadził rower do drogi na Budy Józefowskie i pojechał do wsi. Zaczęło się lekko ściemniać. Była szósta.
    Wiadrogłowy z  tym drugim kiwali się na rowerach naprzeciw niego. Przez chwilę zamierzał ich minąć i jechać do stacji kolejowej w Jaktorowie. Byli wyraźnie pijani i nie jechali przecież w stronę gospodarstwa furmana. Ale gdy był już bardzo blisko nich, Wiadrogłowy zatoczył się na rowerze i zajechał mu drogę. Owionął go zapach wódki.
    - Nie jedziecie do furmana? Byliśmy umówieni - zaczął Rysio.
    - Musimy jeszcze coś załatwić - powiedział Wiadrogłowy. - Jedź z  nami.
    - Na długo?
    - Chwilę!
    Ruszyli, a on za nimi.
    - Podjedź tu do nas! - krzyknął Wiadrogłowy, gdy znaleźli się za linią chałup, na pustkowiu pod lasem.
    Rysio, wiedziony złym przeczuciem, trzymał się dotąd daleko za nimi. Teraz, gdy zatrzymali się, mógł dołączyć albo uciekać...
    - Nie zdążymy już do furmana przed zmrokiem - powiedział Wiadrogłowy. - Byłeś tam?
    - Tak - przyznał Ryszard.
    - Widzieli cię. Jeździsz tu wszędzie...
    - Ładnie tam u furmana.
    - A ładnie. Nie ma go dziś. A żonę moją widziałeś?... i broń mam... W wojsku poznałem się na broni i teraz kałasznikowa kupiłem... Ja wolny jestem.
    - Tak - potwierdził Ryszard.
    - A wiesz ty, po co my z  tobą jedziemy?
    - Nie.
    Rysiowi zrobiło się zimno. "Sądzą pewnie, że mam przy sobie pieniądze na zakup gospodarstwa. Może to moje ostatnie chwile? - pomyślał. Ale paradoksalnie, lęk ustąpił i zachciało mu się śmiać. - No to najwyżej ostatnie. Może to lepsze, niż pierwsza wiosenna kilka razy na rok?"
    - Nie wiem po co, ale domyślam się - odrzekł.
    - Powiedz - przekomarzał się Wiadrogłowy. - wódkę jedziemy kupić do sąsiada - oznajmił wreszcie i uśmiechnął się szeroko. - A ty pewnie myślałeś, że ci utniemy głowę?
    Rysio też zaczął się śmiać.
    - Ja tu jeszcze innych pilnuję, żeby był spokój. Sierżantem byłem w wojsku. A ty przyjedź do furmana w niedzielę. Sąsiadami będziemy. Jedziesz z  nami dalej?
    - Ściemnia się - rzekł Ryś. - Pojadę do stacji, bo rower mam bez lampy.
    - Gdzie jedziesz?
    - Do Grodziska. A potem biorę rower do pociągu. .............

 

"Krewni i znajomi królika"

powrót na górę

"Ludzie elit politycznych zmieniają skórę jak węże, a w głębi ich ciał pulsują chłodne serca gadów. Nie patrz na ich skórę; wsłuchaj się raczej w syk i szelest, gdy suną wśród zarośli swoich intryg, ciemnych sprawek i kłamstw. Przykład korupcji i protekcji idzie z  góry - pracę od stanowiska ministra po posadkę woźnego w moim kraju załatwia się przez znajomości, a decydują o tym krewni i znajomi królika".
    Snując takie refleksje, Rysio dotarł pod elegancką, obrośniętą dzikim winem kamienicę na Powiślu, wjechał windą na drugie piętro i zadzwonił do drzwi.
    Bronisława nie było w domu. Miał dyżur.
    - Co robi twój ojciec? Gdzie pracuje? - zapytał Rysio stojącego w drzwiach syna Bronka.
    - Ojciec pracuje w "Gońcu".
    - To jedna z  największych gazet - zauważył Ryszard.
    Od dawna był bezrobotny, przymierał głodem, mieszkał u dobrych ludzi, którym od paru miesięcy nie płacił za czynsz. Na klatce schodowej było duszno, więc spróbował rozpiąć kurtkę. Jedyny guzik urwał się i potoczył po schodach.
    - Niech leży - powiedział przepraszająco, gdy syn Bronisława wybiegł na schody. - Dziękuję - powiedział i schował guzik do kieszeni. "I tak go nigdy nie przyszyję - pomyślał. - Tę wytartą kurtkę miałem już wczoraj wyrzucić. Robi się ciepło. Wiosna...".
    - Dam panu telefon ojca - zaproponował syn. Zaprosił Rysia do kuchni i napisał na karteczce dwa numery: do pracy i do domu.
    Za tydzień Ryszard siedział z  Bronkiem w kawiarni i przedstawiał swoją sprawę. Chodziło o  jakąkolwiek pracę.

Bronisław, kolega Rysia ze studiów, uchodził za człowieka niezależnego i chętnie śpieszącego z  pomocą.
    - To będzie uczciwy kraj. Prawica nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Wygramy! - podniecał się. - Chcesz pracę? Ja nie mogę, ale Roman... Tylko, że on tak jak wszyscy, też jest zależny od królika...
    - Kto to jest Roman?
    - Mój szef, świetny dziennikarz - powiedział Bronisław. - Napisz, kochany, o Tunelu. Masz tutaj materiały. Napisz jak najszybciej i przyjdź do nas do redakcji. Roman przeczyta i zobaczymy. Ale pamiętaj, w Gońcu" jest sitwa... Większość zatrudniona po znajomości...
    - A ty jak się dostałeś? - zapytał Ryszard.
    - Dla przeciwwagi... Jako niezależny...
    - Musisz przecież z  kimś być?
    - Jasne. Prawica centralna - wyjaśnił.
    - A jak się to ma do królika?
    - Linia boczna - zagadkowo odparł Bronek.
    Bronisław siedział przy komputerze. Rzucił Rysiowi na biurko plik gazet i kazał czekać. Był niezwykle zajęty - miał dyżur redakcyjny i krążył między komputerem służącym mu za maszynę do pisania, a drugim komputerem, na którym wyświetlał i w miarę potrzeby drukował wiadomości, płynące z  całego świata. z  jednej lub kilku depesz agencyjnych redagował notatki prasowe - wystukiwał je na klawiaturze, drukował i zanosił co jakiś czas do redaktora układającego numer. Dziennikarze dyżurni byli wiecznie zdenerwowani i mieli ciągłe poczucie "niedoczasu" - jak szachiści, którym pod koniec partii brakuje czasu na ruch.
    Roman był kilka lat starszy. Ocenił Rysia jednym, szybkim spojrzeniem szarych oczu. W czasie rozmowy często patrzył w bok. Na jego twarzy igrał półuśmiech.
    - Ładny ten pana tekst - powiedział po lekturze Tunelu. - Ale co pan zarobi... To są prace zlecone, honoraria niewielkie...
    - Ratuje mnie każda suma - odparł Rysio.
    - Proszę, proszę. Niech pan przychodzi, pisze... i zobaczymy. A to posyłam do druku - po poprawkach.
    - Dziękuję - powiedział Rysio.
    - Będę z  powrotem za godzinę - powiedział Roman do Bronka i wyszedł z  redakcji.
    - Widzisz! Szansa! - wykrzyknął Bronek.
    Ryszard napisał kilka nowych artykułów i co jakiś czas pokazywał się w redakcji "Gońca". Roman uśmiechał się i robił czasem poprawki. Ale chwalił. z  jego twarzy nie schodził ten dziwny uśmieszek, który - jak sądził Rysio - Roman najchętniej by ukrył, gdyby potrafił.
    W redakcji zwolnił się etat i przebąkiwano, że może Rysio mógłby... Chociaż Rysio przecież był z  zewnątrz... Znał go tylko Bronek, który walczył o niego jak lew.
    - Kim on jest? - zapytał kiedyś Roman Bronka.
    - Sam widzisz, że dobrze pisze - wykręcał się Bronek.
    - A politycznie?
    - Nie wiem.
    - Bo tu jest równowaga... Ja tak, ty tak... i jakoś się kręci.
    - Ale ty kierujesz - zauważył Bronek.
    - Wszystkiego nie dopilnuję... On jest prawicowy, jak ty?
    - A ty jesteś lewicowy? - odpowiedział pytaniem Bronek.
    - Skądże. Ale nie przeszkadzam królikowi.
    - i ja królikowi nie brużdżę - odparł Bronek. - i on tego nie uczyni. Ręczę za to.
    - Jeszcze poczekajmy - powiedział Roman.
    Następnego dnia Bronek miał dyżur i poprosił Rysia, by przyszedł mu asystować. Rysio od razu świetnie wczuł się w swoje zadanie. Redagował notatki jak wytrawny dziennikarz.
    - Nic przez ciebie nie zarobię - żartował Bronek. - Pracujesz szybciej ode mnie...
    Siedzieli przed komputerem. Zbliżał się koniec dyżuru - dziewiąta wieczorem. Bronek był zmęczony. Obnażone do łokci ręce trzymał nieruchomo na stole. Milczeli. Rysio nieomal fizycznie czuł, jak po tej wielogodzinnej wspólnej pracy rodzi się między nimi braterstwo.
    Gdy spotkali się dwa dni potem, Bronek dał Rysiowi plik materiałów.
    - Napisz o tym - poprosił.
    Były to nowe fakty o"polowaniach na czarownice" w Rumunii. Brutalnie ukrócono tam wpływy miejscowego królika, skracając go dosłownie o głowę i jego krewni i znajomi stracili grunt pod nogami.
    "Gdzie prawa człowieka? Dlaczego stosuje się odpowiedzialność zbiorową?" - pisał Ryszard w swym artykule. Pisał to w zgodzie z  samym sobą. Miał przekonania demokratyczne, nie uznawał przemocy, gwałtu i wszelkich czystek i uważał, że każdą sprawę trzeba indywidualnie przeanalizować.
    - O to mi właśnie chodziło. Przyjmiemy go - powiedział Roman do Bronka po przeczytaniu artykułu.
    A Bronek zagrzewał Rysia do pisania i radził częściej odwiedzać redakcję.
    - Szansa. Szansa! - powtarzał. - O niczym innym nie myśl, kutasinę zawiąż na razie na supeł.
    Bronek wyjechał na dwa tygodnie. Szefa też nie było w redakcji. Rysio złapał małą robotę przy remoncie domku jednorodzinnego. Malował tam drzwi i okna - praca niezdrowa lecz dobrze płatna. Machając pędzlem, wśród trujących wyziewów farby, układał sobie tekst "decydującego" artykułu, za który zabrał się zaraz po zakończeniu malowania.
    W swoim artykule poruszał sprawę królika od drugiej strony: "Czy człowiek spoza układów musi pozostać bez szans?" i nawiązując do odsunięcia od władzy za korupcję prezydenta Brazylii (szczegóły tej afery wydobył z  depeszy agencyjnej) - chlastał niemiłosiernie przywileje krajowych elit politycznych, pożałowania godne postępki niektórych ustosunkowanych osób, nadużywanie stanowisk państwowych i mechanizmy protekcji. Podawał przy tym liczne przykłady, nie zawsze sprawdzone.
    "Po co ja to piszę, to mi zaszkodzi..." - majaczyła mu mglista myśl. Wrodzona bezkompromisowość Ryszarda walczyła o lepsze z  jego poczuciem rozsądku. Poza tym Rysio miał pewną rzadką, dziwną cechę, którą nazywał "genem samozagłady". Gdy wszystko już dobrze szło, on zawsze coś takiego zrobił, co sprowadzało porażkę.
    Złagodził nieco swój artykuł. "Czy można wskazać winnych tego stanu rzeczy? - pisał... - Nie zawsze. Ludziom brakuje odwagi. Ci, którzy mogliby dojść na szczyt, boją się podjąć wspinaczkę, bo sądzą, że ktoś i tak po drodze podstawi im nogę. Ale próbujcie! Nadchodzą nowe czasy. Pod naporem mas entuzjastów kliki ustąpią..."
    Te nowe czasy Rysio znał aż za dobrze. Nazywał je, jak wielu innych, dziewiętnastowiecznym kapitalizmem. Ale niech tam, nie ma innej drogi. Trzeba wytrwale pukać do drzwi, tak jak on do redakcji "Gońca". Bo czy jego przykład nie jest budujący? Oto zwyczajnie, bez protekcji i  układów, wspina się na etat w jednym z  największych dzienników...
    W redakcji tego dnia siedział samotnie Nowy. Mówiono, że i on ma chrapkę na etat. Rysio, ujrzawszy go, wycofał się. Zaniósł swój artykuł nazajutrz, gdy dyżurował Stary - dziennikarz, który uchodził za pozbawionego układów, ale nadrabiający ten brak pełną "dyspozycyjnością". Znaczyło to, że zawsze był gotowy napisać to, o co poprosi go szef. Wydawało się jednak, że Stary w głębi duszy podziela poglądy Bronka.
    Rysio zostawił swój artykuł na biurku szefa i przyszedł za kilka dni. Był to już czas, gdy sprawa jego etatu mogła się ostatecznie rozstrzygnąć.
    Szef był w pokoju sam. Siedział za biurkiem. Wydał się Rysiowi jakiś usztywniony, oficjalny. Uśmieszek ledwo, ledwo pojawił się na jego twarzy i z oczu przeniósł się w dół, na kąciki warg, opuszczone w ledwo dostrzegalnym grymasie.
    - Proszę czekać - powiedział, pochylony nad korektą.
    Zapadło kłopotliwe milczenie. Rysio usiadł przy drugim biurku - tym przeznaczonym dla nowego pracownika. Wziął stos ilustrowanych pism i przeglądał je. Wreszcie podniósł wzrok. Roman patrzył na niego.
    - Czekać - powtórzył. Na twarz powrócił mu dawny uśmiech. - Już - odezwał się nagle, wyrywając Rysia z  lektury.
    - Przeczytał pan mój artykuł? - zapytał Ryszard. Było to najgorsze, co mógł powiedzieć.
    - Artykuł? Zaraz go znajdę.
    Roman otworzył biurko i wygrzebał maszynopis spod papierów.
    - Pan nie umie pisać - stwierdził. - Na przykład tu: pierwszy akapit nic tu nie znaczy. Pierwszy akapit powinien lapidarnie określać i zapowiadać cały artykuł.
    Roman z  pasją kreślił długopisem po maszynopisie Rysia.
    - Pan musi się jeszcze dużo uczyć - nie było śladu uśmiechu na twarzy szefa.
    - Ten artykuł nie jest gorszy od moich poprzednich - powiedział Rysio, ostatecznie się pogrążając. - Napisałem, co myślę.
    - Pan w ogóle nie myśli! - wrzasnął Roman.
    W tym momencie do pokoju zajrzał Stary. Stojąc w otwartych drzwiach, słyszał kilka ostatnich zdań kłótni.
    - Z takim pisaniem to do "Wolniaka" - powiedział głośno do Rysia, wymieniając nazwę pisma szczególnie nie lubianego przez szefa. Zamienił z  Romanem kilka zdań, wziął jakąś teczkę i wyszedł z  pokoju. Zapadło milczenie.
    - To ja wycofuję ten artykuł - powiedział Rysio. Wziął swój maszynopis i złożył na pół.
    - A tu narobił pan mnóstwo błędów stylistycznych - powiedział Roman, wygrzebując z  biurka starą, krótką notatkę Rysia o pięcioraczkach w Wenezueli. Zaczął kreślić po tekście długopisem, zżymając się nad treścią.
    - Ale z  pańskich poprawek wynika teraz, że narodziło się czworo dzieci - zauważył Rysio.
    - Pomyliłem się - syknął Roman i przekreślił ostatnią poprawkę. - Proszę to przepisać - rzucił mu pokreślony maszynopis.
    Rysio przez chwilę ważył w myślach, czy usiąść do maszyny, czy sobie od razu pójść. Naciskany resztką nadziei, siadł i wystukał na starej, biurowej maszynie poprawioną treść notatki. Był spokojny. Roman również wrócił do równowagi.
    - Przepisał pan?
    Rysio podał mu kartkę.
    - Jak pan chciał.
    - Niech pan sobie poprzegląda pisma, zajrzy do encyklopedii, podszkoli się... - Roman wyraźnie łagodził swój wybuch.
    "Nie chce mnie stracić - pomyślał Rysio. - Ale i tak wszystko stracone. Zresztą etat był pewnie od początku zarezerwowany dla Nowego..."
    Usiadł tam gdzie poprzednio, wziął jedno z  pism i zaczął je kartkować. Zapadło ciężkie milczenie. Ich oczy spotkały się. Ryszard wstał.
    - Chciałem pana zapytać, jak wygląda sprawa mojego etatu w "Gońcu"?
    - Na etat nie ma pan obecnie szans - sucho odpowiedział Roman. - Może kiedyś, za rok, jak pan popisze, wyrobi sobie pióro...
    - Ale dotąd prawie wszystko co przynosiłem, pan kierował do druku - zauważył Rysio. -To do widzenia - powiedział nagle, odwrócił się i ruszył do wyjścia. Za plecami nie słyszał odpowiedzi. Dopiero w drzwiach dogoniło go "do widzenia" Romana.
    "Zaskoczyłem go" - pomyślał. Zamykając drzwi ogarnął Romana ostatnim, krótkim spojrzeniem. Kąciki ust szefa opadły nisko w dół, a uśmiech przeobraził się w potworny grymas wściekłości.
    "Mogłem sobie u niego dalej dorabiać artykułami, a teraz już nie wypada przychodzić - rozważał, idąc ulicą. Był ponownie wolny i  bezrobotny. - Trzeba by znowu jakieś malowanie...".
    Jeszcze raz przyszedł do budynku redakcji - po pieniądze za zaległe wierszówki. Na korytarzu dostrzegł Starego, który poradził mu wtedy pisanie dla "Wolniaka". Teraz ten dziennikarz biegł ku niemu z wyciągniętą ręką.
    - Dzień dobry, jak pan się miewa! - zagadnął z atencją i uścisnął mu dłoń.
    - Dzień dobry. Śpieszę się - Rysio ledwo odwzajemnił uścisk. Odwrócił głowę i poszedł, jak tylko najszybciej mógł, w stronę kasy. Tam pierwszą pensję odbierał Nowy - protegowany zastępcy Naczelnego.

 

"U fryzjera" (fragment opowiadania)

powrót na górę

....Janek pierwszy raz był w takim salonie. Dawniej chodził do małej fryzjerni przy Poznańskiej, która mieściła się między ciastkarnią, a bramą pełną ulicznych dziewczyn. W tamtej fryzjerni były tanie sprzęty, na ścianach widniały pobrudzone tapety, a strzyżono zazwyczaj na sucho, za pięćdziesiąt tysięcy. Szefował i strzygł niski jegomość o wyglądzie włoskiego cyrulika. Jego syn również strzygł. Poza tym pracowało tam kilka młodych fryzjerek. Janek strzygł się u Joli, która bardzo go pociągała. Robił wszystko, żeby to przed nią ukryć, przez co jeszcze bardziej się demaskował. Ale Jola popsuła się. Wszystkie one się psuły: pierwszy raz, na zachętę, starały się, a potem strzygły byle jak, licząc i tak na napiwek.
    Dziewczyna podeszła drugi raz.
    - Wodę z cytryną, czy colę?
    Przyniosła na tacy talerzyk z pączkiem i szklankę wody z cytryną. Zaraz potem stanął przed Jankiem fryzjer - młody, niewysoki, uśmiechnięty.
    - Bez mycia? - zdziwił się. - A kiedy pan mył włosy?
    - Wczoraj - powtórzył Janek.
    - Proszę - fryzjer gestem dłoni zaprosił go na fotel.
    - Trzeba wyrównać - zagaił Janek. - Sam trochę podcinałem...
    - Co pan mówi?! Po prostu trzeba dobrze ostrzyc. Krótko?
    - Dosyć krótko.
    - Wczoraj pan mył? Na pewno?
    - Tak. Szamponem mild Palmolive - wymówił z angielskim akcentem słowo "majld".
    Fryzjer ścinał nożyczkami końce włosów, które zagarniał garścią przy czaszce. Janek obserwował w lustrze jego żywą, ruchliwą, "małpią" twarz i słuchał, jak zamienia uwagi z dziewczynami przy umywalkach. "Pełni tu rolę koguta" - pomyślał.
    - "Majld" znaczy po angielsku łagodny - wyjaśnił Janek. Zauważył, że z twarzy fryzjera znikł uśmiech. Miał ochotę dodać: "Wiedział pan?" - ale powstrzymał się.
    - Pan ma tłuste włosy. Łagodny szampon nie usuwa tłuszczu.
    - Nie wiedziałem - przyznał Janek. - Pan ma mniej kłopotów z włosami. Strzyże się pan tak krótko...
    - Krótko, bo pływam. Bez czepka - podkreślił.
    - Dlaczego?
    - Od czepka bolą mnie cebulki.
    - Ale od chloru pan wyłysieje - stwierdził Janek.
    - Nie wiem co gorsze, wyłysieć, czy cierpieć ciągły ból - zamyślił się fryzjer.
    - Przestać pływać. Ja jeździłem konno i przestałem. Ale jak pan chce pojeździć, moja rodzina ma pod Warszawą stadninę. Zaproteguję pana.
    Fryzjer odwrócił się do sąsiadek.
    - Słyszycie, dziewczyny?!
    - Dlaczego pan przestał jeździć? - zwrócił się do Janka.
    - Umarł mój ulubiony koń.
    - i obraził się pan na konia?
    - Trochę. Chciałem zacząć jeździć na innym, ale stryj się obawiał, że też umrze.
    - Stryj?
    - Nie. Koń. Bo tamten poprzedni koń zaczął chorować, odkąd ja zacząłem na nim jeździć. Nie znosił podobno mojej aury. Weterynarz zrobił mu sekcję i wykluczył chorobę.
    - i stryj zabronił panu jeździć?
    - Tak to wygląda.
    Przysłuchujące się obok dziewczyny zaczęły chichotać. Fryzjer popatrywał ku nim ze swoim czarującym uśmiechem żigolaka.
    - Moja żona też przy mnie chorowała. Ale zdążyła się ze mną rozwieść - dodał Janek.
    - i mieszka pan sam? Nie założył pan drugiej rodziny?
    - Wie pan, lubię młode dziewczyny. A  w moim wieku są małe szanse na stały związek z młodą. Chyba, że się bardzo wzbogacę, co nie jest wykluczone...
    - Słyszycie, dziewczyny?! - fryzjer roześmiał się do sąsiadek. Wszyscy zaczęli się śmiać. Dołączył do nich suchy, nerwowy śmiech Janka.
    - A czym się pan zajmuje?
    - Jestem pisarzem.
    - i co pan pisze? Jakbym był pisarzem, pisałbym dowcipy.
    - Blisko. Piszę komedię filmową. Lecz pisuję też opowiadania i wiersze.
    - Zarabia pan na tym?
    - Prawie wcale. Chociaż mają mi dużo zapłacić za tę komedię.
    - Kiedy?
    - Nie wiem.
    - To z czego pan żyje?
    - Nie wiem. Tak jakoś z rozpędu.
    - To trzeba iść do pracy!
    - Trzeba będzie - zgodził się Janek. .........

 

"Opowiadanie o dziadku"

powrót na górę

W ostatni, pachnący już wiosną piątek lutego 1986 roku dziadek Łukasz zjadł obiad ze swoją o trzydzieści lat młodszą narzeczoną. W znakomitym nastroju wrócił do domu w willowej dzielnicy Żoliborza, gdzie mieszkał razem z córką. Jak zwykle od czterdziestu lat, położył się na popołudniową drzemkę. Ze snu wyrwał go dławiący ból za mostkiem. Krystyna zawiozła go do szpitala. To był zawał.
    Przez pierwszy tydzień serce doszło do siebie. Ale dziewięćdziesięciotrzyletni organizm Łukasza nie wytrzymał leków nowoczesnej medycyny - szczególnie środków psychotropowych. Podczas drugiego tygodnia terapii jego precyzyjny mózg naukowca całkiem się rozkleił. Przez ostatnie noce zbiorową salę i sąsiednie korytarze wypełniały jego krzyki i jęki, z których od czasu do czasu można było wyłowić słowa: "Ja chcę żyć".
    Ten tytan pracy zostawił po sobie dziesiątki wydanych książek i  prac naukowych, korespondencję z ponad setką znajomych i przyjaciół, kilka wątpliwej jakości obrazów przechowanych podczas okupacji hitlerowskiej w piwnicy zbombardowanego domu, rodowy sygnet, złoty zegarek, laskę obitą aż po rękojeść blaszkami z europejskich kurortów, córkę, dwóch wnuków i nieco długów zamiast powszechnie spodziewanego spadku. Wiersze z czasów młodości nie przechowały się. Wyrzucił je.
    Spośród listów moją uwagę zwróciła paczuszka podłużnych kopert, przewiązana gumką. Listy są od Stanisława R. z USA i pochodzą z lat 1978 - 1984. Jest ich osiem - choć było dużo więcej, może i  kilka setek. Czy tę właśnie paczuszkę dziadek odłożył na przechowanie, czy zachowała się przypadkiem?
    Pierwszy z listów nosi datę 10 listopada 1978 roku:

Drogi przyjacielu,
    Wczoraj otrzymałem paczuszkę z ziołami Choligran - będę się mógł teraz ratować w moich dolegliwościach wątroby. W Californii aż do 10 listopada było ciepło i pogodnie. Obecnie znacznie się ochłodziło i padają deszcze. Prasa ciągle zamieszcza pochlebne artykuły o nowym polskim papieżu Janie Pawle II.
    Jak zdrowie Drogiego Kolegi? Co słychać w hodowli koni i w sporcie jeździeckim? Co słychać w Kraju?
    W tym liście załączam odpis modlitwy "Prefacja dla zmarłych". Często ją odmawiam, zwłaszcza w momentach złego samopoczucia. Jest w tej modlitwie dużo optymizmu i można spokojniej myśleć o przejściu w życie pozagrobowe, które czeka każdego z nas wszystkich.
    Bardzo dużą wagę przywiązuję do wiary katolickiej i modlitwy. W każdą niedzielę jeździmy z Marcinem i żoną do pobliskiego kościoła polskiego na mszę, a później na cmentarz na grób Anny. Religia bardzo podtrzymuje mnie psychicznie i fizycznie i ułatwia przystosowanie do trudnego okresu życia w starszym wieku. Po mszy parafianie spotykają się w prowizorycznym bufecie, gdzie przy kawie i ciasteczkach wyrobu naszych pań prowadzą długie rozmowy i wymieniają opinie. Atmosfera jest tam naturalna i życzliwa. Mamy kilka polskich domów, z którymi utrzymujemy stosunki towarzyskie... Wkrótce wyślę następny list - numer 14...

Do tego listu jest dołączone zdjęcie, wycięte z lokalnej gazety. Stanisław stoi wśród grupy parafian pod kościołem. Jest średniego wzrostu, ubrany w garnitur. Na nosie ma okulary przeciwsłoneczne. Jego wychudzoną twarz przyobleka gorzki, skupiony uśmiech. Smuga cienia biegnie przez środek grupki parafian i kładzie się na postaci Stanisława. Może ten cień pochodzi od filaru świątyni, czy może Pan Bóg daje znak?...
    Listy dziadka leżą zapewne w domu syna Stanisława, w Kalifornii. Nigdy do nich nie dotrę. Znam jednak inne listy dziadka - te nigdy nie napisane. Oto pierwszy z nich:

Drogi Stanisławie,
    Wzruszyłeś mnie bardzo tym zdjęciem "parafialnym". Ja też co tydzień chodzę na mszę na dziesiątą - do drewnianego kościółka niedaleko domu. Ale chociaż przez czterdzieści lat opuściłem niewiele niedzielnych nabożeństw, to nigdy nie dorównałem w wierze mojej żonie, zmarłej kilka lat temu. Ona rzadko chodziła do kościoła - była zajęta prowadzeniem domu. Ale gdy wspominam jej dobroć, bezinteresowność, miłość, wielki charakter i zaufanie do Boga, myślę wówczas, że ona była jedną z tych cichych, "bezimiennych" świętych... Ze mną miała życie nielekkie, szczególnie na Śląsku... Tamte moje zainteresowanie niewiastami... Co innego Ty - przez te pięć lat, gdy razem prowadziliśmy śląską stadninę, zawsze byłeś zapatrzony w swoją małżonkę i oprócz niej nie liczyły się dla Ciebie inne kobiety. i pewnie tak jest do tej pory?
    Ja przyzwyczaiłem się do flirtów, i mimo że wiesz, jakie są możliwości mężczyzn w naszym wieku, zawsze mam jakąś babę. Moja ostatnia znajoma koniecznie chce, abym jej kupił futro. "Po cóż ci futro? - mówię. - Masz cieplutki płaszczyk..." A ona mi odpowiada: "Narzeczona profesora w takim płaszczyku? Też coś".
    Co do mojego zdrowia, jest ono dobre. Lekarz mi powiedział, że jak na mój wiek - zdumiewająco dobre, i że jestem fenomenem natury. A znowu we fryzjerni nazywają mnie de Gaulle... Rzeczywiście - jestem słusznego wzrostu, mam podobny kształt głowy, nawet nos z garbkiem i świetne zdrowie, tak jak generał...
    Mój wnuk Michał jest już w ścisłej czołówce polskich jeźdźców. Krystyna, jak wiesz, kupiła ziemię i chce tam hodować konie. Oto masz trzy nasze pokolenia, miłujące jeden cel. Czy może być coś piękniejszego? Tylko jeden cień przysłania ten obrazek - mój starszy wnuk. On nienawidzi koni i wszystkiego, co z tym związane. Wobec tego i nas wszystkich - zdaje się. Pisałem ci już, jak od dziecka celowo mnie wyprowadzał z równowagi, wyśmiewał moją systematyczność i poczucie ładu, rzucając gdzie popadnie przedmioty i ubrania... Siorbał przy jedzeniu, pokładał się na stole... Toż ja mu płacić musiałem kieszonkowe za dobre zachowanie. Dobrze, że nie mieszkamy już razem i widujemy się tylko przy specjalnych okazjach. Gdybyż on swój umysł zaprzągł do czegoś pożytecznego. Tymczasem filozofuje, a przymiera głodem. Zaniedbał dopiero co założoną rodzinę. Tak sobie myślę, że może te jego przykre cechy "wyszły" przez napięcia między rodzicami? Chociaż nie. To są genetyczne właściwości charakteru. Jak u koni: w tej samej stajni wyhodowane, a jeden, ścierwo, złośliwy, drugi tchórz - byle kałuży i szmeru listka się boi, trzeci zaś jest odważny, chętnie skacze i słucha jeźdźca.
    Wysłałem ci "Ogniem i mieczem" oraz "Noce i dnie", a poza tym zioła na wątrobę. Powinno to wszystko dotrzeć do USA na Święta Bożego Narodzenia.
    Ściskam cię serdecznie, Twój Łukasz.
    PS. W kraju jest stagnacja, Gierek łata, jak może, kryzys ekonomiczny. To bardzo zręczny ekwilibrysta - wyciąga to, co się maksymalnie da, ze Wschodu i z Zachodu. Ale niewiele pozostało z atmosfery sławetnego "Pomożemy" i ożywienia gospodarczego początku lat siedemdziesiątych...

Ten list Stanisława, który cytuję poniżej, musiał dotrzeć do dziadka na krótko przed wprowadzeniem w Polsce stanu wojennego:

Kalifornia, 20 października 1981 r.
    Drogi przyjacielu,
    Już dawno nie miałem listu od Drogiego Kolegi; ostatni przyszedł w sierpniu 81 r. Wiem, że wszyscy przeżywają w Kraju bardzo trudny okres w związku z ogromnymi brakami w zaopatrzeniu w żywność i inne rzeczy codziennego użytku, myślę jednak, że po jakoby dobrych zbiorach powinna przyjść pewna poprawa. Aby trochę oderwać kolegę od kłopotów dnia codziennego, zrobiłem kopie dawnych fotografii i przesyłam z objaśnieniami. Ponieważ nie mam żadnej fotografii Drogiego Kolegi, to bardzo proszę o przysłanie mi w liście jakichś zdjęć.
     Wiadomości z Kraju mam z "Tygodnika Powszechnego" z  Krakowa, który szybko przychodzi. Ostatni mam już z 4 października, gdzie jest opisany ingres nowego Prymasa Polski i Jego wspaniałe kazanie w Warszawie. Poza tym jest bardzo głęboko i rozsądnie ujęty apel, podpisany przez całą elitę inteligencji polskiej do społeczeństwa, do rządu PRL, do PZPR i wszystkich organizacji społecznych o współpracę i pokój celem ratowania trudnej sytuacji całego społeczeństwa w Polsce.
    Sytuacja na świecie jest trudna i skomplikowana, ale mam nadzieję, że stopniowo się wyjaśni pokojowo.
Bardzo proszę o obszerne wiadomości z Kraju i ze świata. Przede wszystkim jak zdrowie Drogiego Kolegi? Co słychać w stadninach, w jeździectwie i na torze wyścigowym?
    Proszę nie wysyłać mi na Święta żadnych pism ani książek, aby uniknąć kosztów. Jedna tylko rzecz, która byłaby mi potrzebna, to kolejna paczuszka ziół na wątrobę Choligran - zwykłą pocztą, nie poleconą, to będzie taniej kosztować.
    U nas na ogół bez zmian, ale w Stanach ciągle jeszcze jest sytuacja kryzysowa, trudności finansowe i inflacja. Nie wiadomo, kiedy to się skończy?
    Przesyłam bardzo serdeczne pozdrowienia.
    Stanisław.

Na jednym z dołączonych do listu zdjęć widnieje rozległy polski dwór ze stromym dachem, pokrytym dachówką. Front jest pobielony, a ganek wsparty na kolumnach. Przed wejściem jest duży, okrągły klomb z białą rzeźbą ogrodową, a za klombem zaczynają się drzewa parku. Na marginesie Stanisław napisał: Mój dom rodzinny - dwór w majątku T. powiat Z. Zdjęcie z roku 1930. Młodzieńcze zdjęcie Stanisława pochodzi z tego samego roku.
    Dwudziestokilkuletni mężczyzna o regularnych rysach, pełnej twarzy, uczesany w przedziałek, śmiało spogląda spod gęstych brwi, uśmiechając się lekko pod wąsem.
    Trzecie zdjęcie jest z Kalifornii, z 1980. Stanisław siedzi na ogrodowym krześle, na tle parku. Patrzy daleko, czymś zdziwiony, a gorycz jego uśmiechu jest nieomal niedostrzegalna.

Drogi Stanisławie,
    Już nie do wytrzymania jest to napięcie, a z każdym dniem sytuacja zaostrza się. Osobiście jestem pełen czarnych myśli. Dopuszczam nawet możliwość, że Warszawa zostanie przez Rosjan zburzona, bo nie wierzę, żeby ten niepodległościowy zryw powiódł się. Zbyt duża dysproporcja sił. A poza tym z tego reżimu znakomicie sobie dotąd żyło kilka milionów Polaków. Czy można uwierzyć, że oni dobrowolnie oddadzą swoją władzę i wpływy działaczom Solidarności?
    Tak więc urodziłem się pod carskim reżimem, a umrę zapewne pod sowieckim, który tu panował przez ostatnie trzydzieści sześć lat. Tylko, że za Gierka tak się tego bardzo nie odczuwało. Gierka ktoś przy mnie do de Gaulle'a porównał. Cha, cha, cha.
    Na razie nie wysyłam Ci ziółek na wątrobę, bo taki jest wszędzie bałagan, że nie wierzę, że dojdą do Stanów. Sklepy w Warszawie są puste: nawet kartek na mięso i inne produkty nie można zrealizować. Ja w tym widzę pewną logikę postępowania władz. Znasz porzekadło, że: "Gdy pies zmienia pana, wcześniej się go głodzi"?
    Twój Łukasz

Kalifornia, 25 listopada 1982 r. Thanksgiving day.
    Drogi przyjacielu,
    Dzisiaj jest w Stanach Thanksgiving Day, czyli dzień dziękczynienia. Jest to tradycyjne amerykańskie święto na pamiątkę wylądowania pierwszych pielgrzymów - uchodźców z Irlandii, którzy znaleźli się w trudnych warunkach pionierskich na Nowej Ziemi. Napotkali w lesie dzikie indyki, które dla nich były opatrznościowe. Były one podstawą pierwszej wieczerzy, po której zbiorowo modlili się do Stwórcy z dziękczynieniem za ocalenie. Obecnie w tym dniu w większości domów w USA jest podawany pieczony indyk.
    W tym miesiącu mija osiemnaście lat, jak jestem w Kalifornii i tyle już lat trwa nasza korespondencja i pogłębia się przyjaźń. Pierwszy raz spotkałem się z Kolegą na SGGW w "Kole Rolników", w 1924 roku. Kolega wygłosił wtedy bardzo ciekawy referat na temat hodowli koni. Pod tym wrażeniem zorganizowaliśmy wycieczkę do najstarszej polskiej stadniny koni w Janowie Podlaskim. Potem widziałem Drogiego Kolegę - przelotnie - na Wyścigach Konnych. Kolega tam był z małżonką. Pamiętam, jak Kolega - jako dyrektor jednego z departamentów ministerstwa rolnictwa - dekorował zwycięskiego konia w Derby. Ty wprost jaśniałeś, Łukaszu.
    Byłeś szczęśliwy, u szczytu kariery, a ja stałem gdzieś z boku - nieznany, skromny hodowca z powiatu Z. ... Potem jeszcze w 1932 roku na Wystawie Koni Remontowych w Płocku Kolega był na trybunie sędziowskiej. Ja wtedy sprzedałem dla kawalerii dwa moje najlepsze konie...
    Osobiście poznaliśmy się dopiero w 1952 roku, w okresie obejmowania stadniny koni na Śląsku, gdzie pracowaliśmy razem bardzo harmonijnie i zawsze miałem ze strony Kolegi dużą pomoc fachową i oparcie moralne. Tam rozpoczęła się nasza przyjaźń. Pamiętam, że Kolega mówił, iż jest ode mnie starszy o trzynaście lat, a więc obecnie wypada dla Kolegi 89 rok. Podziwiam wielką żywotność fizyczną i intelektualną Kolegi i Jego wybitne prace z dziedziny hodowli koni.
    Mam wrażenie, że w Polsce minął już najtrudniejszy ekonomicznie okres. Prasa zapowiada, że 13 grudnia spodziewają się zniesienia stanu wojennego w Kraju. Może i poczta zacznie pracować normalnie - prosiłbym wtedy o wysłanie ziółek na wątrobę pocztą lotniczą...

Pismo Stanisława jest mniej wyraźne i  bardziej rozchwiane, niż w poprzednich listach. Na grudzień 1982 przygotowałem taką odpowiedź dziadka:

Drogi przyjacielu,
    Pan J. wszystkich nas tym "wariantem wewnętrznym" zaskoczył. Jeśli on nawet formalnie zakończy stan wojenny, to nic to nie zmieni. Takiego ruchu się nie spodziewałem. Jedno w tym dobre - obyło się bez wykrwawienia narodu.
    Ulice teraz szare, ciche... Ludzie nie afiszują się, niektórzy nawet stare ubrania z szaf powyciągali...
Wyobraź sobie, jaki widziałem obrazek: Pojechałem autobusem na Wolę. Miałem tam sprawę do załatwienia na przemysłowej ulicy, gdzie są hurtownie i składy. Mijają mnie ludzie senni, szarzy, idą szybko, patrzą gdzieś w bok... Nagle dostrzegam grupę roześmianych, szykownie ubranych trzydziestolatków. Nie tylko ich ubiór mnie zaintrygował, lecz właśnie ten luz, pogoda ducha, niewymuszoność i naturalność w zachowaniu się. Elegancka kobieta podchodzi do młodych ludzi, coś z ożywieniem tłumaczy, oni entuzjastycznie reagują... Obok druga, podobna rozmowa... Idę w ich stronę ze swoją laską, zdziwiony tą miłą sceną na tle smutnego miasta i... Nagle widzę kamerę na trójnogu. Ci wszyscy młodzi ludzie to aktorzy - tu się film kręci!
    Napisz mi, proszę, gdzie ty byłeś ranny - czy w Bitwie pod Bzurą, czy trochę później?
    Mnie, jak wiesz, szczęśliwie ominęły wojenne zawieruchy; w 1920 byłem na stanowisku państwowym - ktoś przecież musiał zostać w ministerstwie, a wszyscy się rwali na front.
    Powiem Ci, że ja nigdy nie zabiłbym człowieka. Strzelałbym w powietrze. Ale co zrobić, gdy dojdzie do walki wręcz? Cóż, wtedy trzeba się bronić. Tak, jak wtedy, gdy Z. sprowokował mnie do pojedynku w dwudziestym czwartym. - Do pierwszej krwi - ustalili sekundanci. Biała broń.
    Miałem wtedy tego Z. jak na widelcu, mogłem ciąć szablą przez ramię czy w głowę... Zobaczyłem jego zamglone oczy człowieka żegnającego się z życiem... i specjalnie, lekko zraniłem go w rękę, tak, żeby ta "pierwsza krew" była wystarczająco wymowna dla sekundantów, a żeby jemu nic się nie stało.
    Zrozumiał to, moi wrogowie przycichli. Ale wtedy, w roku dwudziestym, było mi bardzo ciężko. Chciałem się na coś przydać ojczyźnie. Dwa pokoje w moim warszawskim mieszkaniu oddałem przyjezdnym ochotnikom. Młodzi chłopcy - rwali się do obrony Warszawy. Na razie chodzili na szkolenie bojowe. I wyobraź sobie, jeden z nich dostał hiszpanki. To była, jak wiesz, ta straszna grypa. Jej epidemia zabrała w Europie ponad dwadzieścia milionów istnień ludzkich. Mój maleńki, pierworodny synek, śliczny chłopczyk, zaraził się i w ciągu paru dni zmarł. Jakby Pan Bóg zabrał go zamiast mnie.
    Bo wiesz, ja jednak wcześniej miałem iść z ministerstwa na front - pod Kijów, gonić Sowietów. Lecz takiemu wysokiemu urzędnikowi nie wypadało walczyć w randze szeregowca. Posłali mnie na kurs oficerski. Był tam końcowy egzamin z matematyki. I wyobraź sobie - oblałem się! I nie poszedłem na front. A wszyscy koledzy z ministerstwa, którzy zdali i poszli - zginęli w kampanii. Wszyscy, co do jednego.
    W 1939 roku zbliżałem się do pięćdziesiątki - mobilizacja nie objęła mnie. A w okupowanej Warszawie, chociaż było niebezpiecznie z uwagi na łapanki, miałem swój sposób na przetrwanie. Przyczynił się do tego pewien Niemiec, hodowca koni, który w głębi duszy potępiał Hitlera, a ze mną był zupełnie szczery - jako "koniarz". Ów Niemiec powiedział mi, że hitlerowcy planują całkowitą zagładę Żydów, a co do Polaków - chcą zlikwidować polską inteligencję, by przetrącić narodowi kręgosłup. Resztę Polaków pozostawią jako tanią siłę roboczą... Ten Niemiec poradził mi, żeby jak najmniej pokazywać się na mieście. I tak zrobiłem. Znalazłem pracę w Archiwum Miejskim i siedziałem tam od rana do wieczora, przemykając dwa razy dziennie ulicami - do pracy i do domu... W Archiwum, z nadmiaru czasu, wyszukiwałem dane o moich przodkach i napisałem obszerną monografię rodziny. A w ogóle, czy wiesz, że mój ród wywodzi się z Czech? W 1100 roku mój przodek, magnat czeski, zabił tam króla i cała gałąź rodu umknęła do południowej Polski.
    Tak więc starałem się nie rzucać Niemcom w oczy. A po drugiej stronie Wisły, na Saskiej Kępie, ukrywała się Zosia. Była jedną z niewielu Żydówek, które się nie zgłosiły do Getta. I przetrwała okupację. Nawet niekiedy wychodziła z domu. Była taką jasną blondynką... Gdy warszawskie Getto było likwidowane, przyjechała do nas, do Śródmieścia tramwajem. Płakałem z nią nad losem mieszkańców Getta, pytałem, kto tam był z naszych znajomych... Wyznała mi, że dojrzewa w niej myśl, by tam pójść i pozostać z Żydami na znak solidarności... Z naszej rodziny tylko Krysia ciągle była gdzieś poza domem. Przez całą okupację działała w konspiracji, potem walczyła w Powstaniu.
    A teraz? Teraz w czasie tej "małej okupacji" szczególnego niebezpieczeństwa nie ma. Przeszło bokiem. Krysia w żadną działalność się już nie angażuje. Oddała się hodowli koni, osiadła w swoim wiejskim azylu. "Gdyby weszli Rosjanie - mówi - wzięłabym z wieszaka karabin i poszłabym walczyć. Ale tak? Z kim?".
    Serdecznie Ciebie pozdrawiam i czekam na list.
    Łukasz

Kalifornia, luty 1983
    Kochany przyjacielu,
    Przede wszystkim pragnę przesłać moje najserdeczniejsze życzenia z okazji dziewięćdziesiątej rocznicy urodzin. Jest to niezwykły dar opatrzności Boskiej, który umożliwia tak owocny i czynny w tym wieku tryb życia.
    Popieram w stu procentach myśl napisania przez Kolegę pamiętników, i to jak najwcześniej. Te osiągnięcia hodowlane, organizacyjne, naukowe i wydawnicze Drogiego Kolegi - powinno być to wszystko przekazane następnym pokoleniom hodowców i miłośników koni w Polsce.
    Ja, chociaż miałem szare i przeciętne życie, napisałem pamiętnik z 75 lat, aby przekazać wnukowi obraz dawniejszych czasów.
    Jeśli chodzi o stan mojego zdrowia, to znacznie się pogorszyło. Osłabienie całego organizmu, zwłaszcza słabe działanie wątroby... Więc proszę o lekarstwo Fellogan drogą lotniczą.
    Dawniej wierzyłem, że dociągnę do 80 lat, a dzisiaj widzę, że to jest mało realne i trzeba się przygotować stopniowo do odejścia.
    Jeżeli chodzi o leczenie, to tutaj lekarze traktują pacjentów jak biznes i jeśli ciśnienie krwi i elektrokardiogram są względnie normalne, to się nie przejmują, a więc trzeba starać się o lekarstwa, zwłaszcza ziołowe, we własnym zakresie. Bardzo proszę o dalsze listy...

Dziadek Łukasz dostał ten list w szpitalu. Leżał chory na zapalenie ślinianek. Krótko mówiąc miał świnkę, spóźnioną o osiemdziesiąt lat. Nie wierzył, że wyjdzie z tego. Obmyślając niewysłany list, sumował w myślach swoje życie.

Stasiu,
    Leży tu na oddziale wewnętrznym taki chłopiec, który miał niezwykle wydłużoną szczękę dolną - rzekłbyś, że swoją brodą mógłby rąbać deski, niczym ostrzem siekiery. I zwierzył mi się, że przez tę oszpeconą twarz nie ma powodzenia u dziewcząt. Wstydzi się nieraz swojego wyglądu... Porozmawiałem o nim z naczelnym chirurgiem, który jest znajomym Krystyny. On wziął chłopca na swój oddział. Wycięto mu kawał żuchwy i skrócono szczękę. Teraz chłopak wygląda "jak malowanie". Siedzi przy mnie całymi dniami, wdzięczny. Oto jeszcze raz komuś się przysłużyłem. Właśnie tak zawsze starałem się budować swoje życie - na życzliwości, gotowości niesienia pomocy...
    Za oknem widzę wyniosły, ciemny świerk. Przypomina mi on naszą śląską stadninę. Pamiętasz tamte świerki za dębową aleją? Ślązacy mówili, że miały wtedy po sto lat. To już je pewnie wycięto, ich czas nadszedł.
    Aleja pod dębami prowadziła do naszej "dyrektorskiej" rezydencji. Ja mieszkałem w skrzydle wschodnim, a ty w zachodnim. W czasie wakacji dom roił się od naszych krewnych i gości: na strychu mój nieudany wnuk ze swoimi jeżami, wiewiórką, jastrzębiem... Niżej Krystyna z Jurkiem, drugi wnuk, psy... W alkowie ta malarka z Poznania...
    A na trawniku przed rezydencją, pod kasztanowcami, o świcie kastrowało się wybrakowane ogiery... One lepiej znosiły tę operację o poranku, gdy jeszcze leżała rosa. Poza tym dzieci jeszcze wtedy spały, a to nie są widoki dla dzieci.
    W hodowli koni zawsze widziałem sztukę. Przez odpowiedni dobór rodziców tworzyłem te piękne zwierzęta wspólnie z przyrodą i Panem Bogiem. Dawaliśmy im coraz pełniejszą harmonię budowy, szybkość, wytrzymałość... Czy to nie usprawiedliwia mojej ingerencji w koński dobór naturalny? Dzisiaj niektórzy naukowcy grzebią w zwierzęcych genach, jak u roślin. Wyhodowano już konia, który - dorosły - mieści się pod biurkiem, u nóg swojego pana, niczym pies. To jest dopiero niszczenie przyrody. A gdy się zacznie grzebanie w genach ludzi, gdy to zostanie usankcjonowane - początkowo pod pozorem leczenia - to będzie koniec ludzkości. Tak twierdzi Krystyna, a ona, jako lekarz, wie, co mówi.
    Nasze biuro było w drugim budyneczku, na końcu kasztanowego skweru. Tam do mnie przychodzili chłopi po różne przydziały i nie mogli się nadziwić, że dzielę tak bezstronnie. Jeden, gdy już mu przydzieliłem ile chciał owsa i siana i stanowczo odmówiłem wciskanych pieniędzy, powiedział: "W całym powiecie tylko pan dyrektor i kierownik młyna nie biorą łapówek". I patrzył pytająco. "Tak mnie wychowano" - odpowiedziałbym mu, gdyby otwarcie zapytał. Chociaż mówiono, że to może ze strachu...
    Czytałeś "Ciasną bramę" Andre Gide'a? Ta książeczka o wielkiej, fizycznie niespełnionej miłości, wywarła na mnie największe wrażenie ze wszystkich moich lektur. Alissę miłość uwzniośla. Ta miłość przeradza się w dążenie do czystości, doskonałości, uświęcenia, gdzie związek fizyczny jest już niemożliwy, bo byłby "zbrukaniem" uczucia. Ale siła miłości jest wielka i biedaczka nie wytrzymuje naporu uczuć - usycha i umiera, ukryta pod koniec w jakiejś samotni. On ją kocha nie mniej, lecz chce z nią być jak mąż z żoną. Po jej śmierci pozostaje samotny, żyje wspomnieniami... Wydaje mi się, że moja żona miała świętość Alissy i jednocześnie umiała dźwigać ciężar "ziemskiej" miłości.
    Jakiż mały byłem... Mając przy sobie tę świętą kobietę, durzyłem się w młodszych, zdradzałem ją... Ona widziała to... Cierpiała... Wybaczała mi... Jaki mały byłem, jak daleko mi było do ciasnej bramy ze słów Chrystusa: "Wchodźcie przez ciasną bramę. Szeroka jest brama i przestronna droga, która wiedzie na zatracenie, a wielu jest takich, którzy przez nią wkraczają. Lecz jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do żywota, i jak mało jest tych, którzy ją odnajdują".
    Pan Bóg rozważy, położy na szalach, zbada uczynki i może wpuści mnie w swojej wielkiej dobroci do Ogrodu, przez jaką boczną furtkę... Jutro ksiądz wysłucha mojej spowiedzi...
    Krystyna mawiała: "Jesteś, ojcze, taki sentymentalny. Wzruszasz się, płaczesz na filmach, na koncertach, w muzeach, ciągle się zakochujesz". Jednak w oczach wielu pozostałem chłodny, opanowany... Tylko najbliżsi znali ten mój sentymentalizm... Krystyna nigdy nie była sentymentalna. Była twarda, jak jej ukochany olbrzymi kamień w naszym parku. Ona ten kamień odwiedzała i ślubowała mu różne postanowienia, coraz trudniejsze, które potem wykonywała. Ona rozmawiała z tym kamieniem. Raz, gdy szedłem ścieżką, zobaczyłem ją z daleka, przytuloną do kamienia, płaczącą. Każdy musi się wypłakać... Chociażby do kamienia... Choćby był nie wiem jak silny...
    Czy zgodziłbyś się na pewną moją propozycję?

Kalifornia lipiec 1983.
    Drogi, kochany Łukaszu!
    Wczoraj dopiero otrzymałem list z marca 83, za który specjalnie dziękuję.
    Przede wszystkim ucieszyła mnie Twoja propozycja o nasze braterstwo. Podzielam ją! Jest ona uzasadniona naszą wspólną pracą i przyjaźnią przez trzydzieści lat, setkami listów, wzajemnym zrozumieniem i pomocą.....
     Zmartwiła mnie wiadomość o Twojej chorobie i pobycie w szpitalu. Dzięki Bogu, przeszło. Często myślę o Tobie i modlę się na Twoją intencję....... Jeżeli chodzi o jeździectwo, to gratuluję sukcesów wnuka. Czy jest już sformowana kadra jeździecka na olimpiadę w Los Angeles? Jeżeli to możliwe, proszę o paczkę ziół na wątrobę Choligran - codziennie je zażywam... Kończąc, przesyłam bardzo serdeczne pozdrowienia i polecam opiece Boskiej.

Jeszcze dwa listy pozostały w paczuszce. W liście z końca 1983 roku Stanisław wylicza i wynosi pod niebiosa osiągnięcia piśmiennicze i hodowlane dziadka Łukasza. Drugi jest z marca 1984 roku. Przyjaciel dziadka wspomina w nim niedawną śmierć kilku "koniarzy".

Modlę się na intencję Twojego zdrowia - kończy. Ja również czuję się coraz słabszy, ale staram się utrzymać chociaż w możliwej formie... Wkrótce napiszę obszerniejszy list, a obecnie przesyłam bardzo serdeczne pozdrowienia, życzenia zdrowia i polecam opiece Boskiej.
    Stanisław
    PS. Bardzo dziękuję za listy.

Pod spodem tego postscriptum dziadek Łukasz dopisał: "Ostatni list Stanisława R.".
    Łukasz przeżył jeszcze dwa lata. Czasem, po skończeniu jakiegoś artykułu, lektury czy korekty, siedząc za biurkiem, machinalnie sięgał po papier, aby napisać list do Stanisława. I zaraz sobie przypominał, że Stanisław nie żyje i polecał Bogu jego duszę.

 

"Zupa" (fragment opowiadania)

powrót na górę


    Codzienną, długą rundę do pracy Janek rozpoczynał wczesnym rankiem od jazdy autobusem miejskim. Potem było metro, autobus konstanciński, pół godziny na piechotę, dziewięć godzin pracy i  dwugodzinny powrót do domu - znów pół godziny pieszo, autobus, metro, autobus... Do tego dochodziło to dziwne, tak głęboko odczuwane brzemię nadchodzącej starości. I późny wrzesień - umieranie lata...
    Hałas, głód, niewyspanie, poranne wrześniowe zimno - to wszystko koncentrowało się teraz w jego jaźni wokół oślego chichotu siksy za plecami.
    I jeszcze ta zupa. Ciężki, mglisty dzień z wilgotnym, zachmurzonym niebem. W takie dni o niskim ciśnieniu człowiek wstaje otępiały, półprzytomny i jak pijany brnie przez poranek. Taki stan pogody i nieboskłonu nazywał "zupą". W odróżnieniu od "kryształu" - dni o czystym, błękitnym niebie i rześkim powietrzu, gdy wstaje się lekko i z energią wkracza w piękny poranek.
    O tak, tego dnia była zupa, przyprawiona w aglomeracji warszawskiej wzmożonym smogiem. Zupa, która otumania, miesza ludziom w głowach, powoduje paradoksalne reakcje i na koniec rzuca wielu w objęcia alkoholu. .............

 

"Przyjaciele" (fragment opowiadania)

powrót na górę

- Wódka to najlepszy neuroleptyk - twierdzi Karol. Zdobył jakieś proszki na nerwy, ale wkrótce wyrzucił je do klozetu. Raz przyszedł do Stasia i wyciągnął go na wycieczkę do lasu. Babcia bardzo za to Karolowi wdzięczna. Idą drogą pełną błotnistych kolein. Karol, o twarzy okrągłej jak talerz i oczach niby dwa spodki, kroczy prosto jak strzelił. Wchodzi w głęboką kałużę i w przemoczonych butach kontynuuje marsz. "Udawał czy nie zauważył?" - zastanawia się Staś.

Benek ma nawracające chandry. Stracił ochotę do życia. Za to Stasiowi poprawiło się. Wrócił na uczelnię. Staś polecił Benkowi swojego lekarza. Benek bierze leki i pije piwo porter.
    - Możesz umrzeć, Beniu - ostrzega Stasio. Więc Benek na razie przerwał picie.
    Benek wkrótce skończy uczelnię. Na razie zatrudnił się dorywczo jako malarz. Na wakacje pojechał do pracy za granicę, przywiózł dużo pieniędzy. Kupił nawet rodzicom meble.
    - Że też tak bardzo mu pomógł ten doktor - dziwi się babcia. - A ty byś, Stasiu, nie poszedł do niego?...

Przyjaciele są w górach na obozie studenckim. Śniegu napadało po pachy. Karol z Amerykanką wynajął pokój gościnny, ale codziennie rano przychodzi z nią do schroniska. Benek wzdycha do pięknej blondynki. Ona by chciała, ale on jest nieśmiały. Lekko ich upijają i zamykają w pokoju na klucz. Blondynka nie ma nic przeciwko temu. Nazajutrz Benio z blondynką spacerują, trzymając się za ręce.
    - Ale jak oni siusiali? - dziwi się Staś.
    - Pewnie do pieca - zgaduje Karol.
    Na tym obozie Staś dużo myśli o kobietach. Dlatego na początku nic mu z dziewczynami nie wychodzi. Lecz zagięła na niego parol krakowianka, która spóźniła się na zimowisko. Teraz tak go męczy, że Stasio nie ma siły jeździć na nartach. I slalom wygrywa Karol.

Stasio idzie z Benkiem przez Śródmieście. Zatrzymuje ich patrol.
    - Co tu robicie o drugiej w nocy? - pyta dwumetrowy milicjant.
    - Jesteśmy studentami - grzecznie wyjaśnia Benek.
    - Ty też? - wielkolud spogląda na Stasia.
    - A bo co? - odburkuje Staś.
    Wielki wyciąga pałę i zamierza się.
    - Zostaw! - krzyczy ten drugi, malutki milicjant. - Nie wolno!
    Wiadomo, wczesny Gierek zabronił ruszać studentów. Przynajmniej bez ważnego powodu.
    Wysoki milicjant bierze ich dokumenty i z pamięci każe powiedzieć dane.
    - Gówniana uczelnia - krzywi się. Coś notuje.
    - I ty chcesz jeździć za granicę? - komentuje Benek, gdy tamci wreszcie odeszli.

Z Benkiem najlepiej się pije czerwone wino. Za uczelnią, na skarpie porośniętej drzewami, Stasio i Benio popijają z butelek Gellalę. Rozmowa idzie o literaturze i sensie życia. Benek ostatnio pojednał się ze światem, odzyskał spokój wewnętrzny. "Rozumiem świat i świat się przeze mnie wyraża" - wyjaśnia Stasiowi. Obaj chcą zostać pisarzami.

Karolowi ukradli Harleya. Składał ten motocykl z części przez cały rok. A teraz odszedł tylko na chwilę, zostawił go pod blokiem z kluczykami...
    Karol koncentruje się na kierunku. Jego oczy-spodki jeszcze się powiększają. Zwraca się w stronę utraconej maszyny i skupia się na złodziejach. "Chyba trzech - mamrocze. - Daleko nie odjechali".
    Rusza miarowym krokiem przez uliczki Ochoty. Oto sklep z piwem. Trzech gnojków pije z butelek. Motor stoi ukryty za krzakami. Jest gorąco i parno. Karol podchodzi do wyrostków. Dwaj uciekają, ten trzeci się waha.
    - Kluczyki! - rozkazuje Karol.
    Po chwili odjeżdża swoim Harleyem.

Karol i Benek wyciągnęli Stasia na dyskotekę do Proximy. Z dziewiątego piętra akademika wypadł chłopak. Leży na trawniku, przykryty kocem. Oni stoją i patrzą. "Włoszka" - przygodna znajoma Stasia - dostała ataku histerii. Krzyczy i trzęsie się. Z krzaków, dzielących pasy jezdni, wychodzi Karol z jakąś blondynką.
    - Słyszałem, jak walnął o ziemię - mówi. - Tu już nie pomogą żadne doktory... Potem wskazuje głową na odwróconą plecami blondynkę i puszcza do Stasia oko.
    W domku na działce Karola Stasio z "Włoszką" przez resztę nocy siedzą na łóżku i rozmawiają.
    - Rozbierz się, to ci pomoże - przekonuje Staś.
    - Jak można robić takie rzeczy w obliczu czyjejś śmierci? - pyta "Włoszka". Nad ranem, roztrzęsiona, wchodzi w ubraniu pod koc i kuli się w kłębek.
    Karol śpi w kuchni.
    - Pójdę już - mówi Stasio.
    - Idź, zrobię jej herbatę - Karol wstaje z wyrka.
    A gdy za godzinę Stasio powraca po zostawioną torbę - Karol z "Włoszką", spleceni, tarzają się po podłodze.

Przyjaciele się pożenili. Karol wprowadził się do willi żony. Rozwija uprawę kwiatów pod folią i buduje drugi dom - na wynajem.
    Benek kupił za grosze wielki kawał ziemi w granicach Warszawy. Też będzie budował dom. Żona Benka jest bardzo wrażliwa i piękna. To wielka miłość. U Benka nie ma teraz mowy o depresjach. Liczy się tylko Elżunia i praca. Benek jest wiecznie ożywiony - paple i paple, że już go nie można słuchać. Ale z drugiej strony jest przebiegły - dobrze wie, czego wypaplać nie można.
    Karol jest dla Stasia serdeczny. Dobry z niego przyjaciel. Lecz w życiu codziennym, a szczególnie w interesach, jest Karol przebiegły i wyrachowany. Na pozór brat łata, ale w głowie pracuje komputer, a oczy-spodki taksują. I wszystko widzi Karol.
    Stasio też znalazł sobie żonę. Mają mieszkanie w starej, śródmiejskiej kamienicy. Ale poza tym biedni są. Stasio krąży od posadki do posadki. Wszędzie w pracy kłóci się. A żona cierpliwa - znosi biedę.
Stasio wreszcie pojechał za granicę, na saksy. Trochę zarobił, kupił meble. Lecz przestał pracować i w ciągu roku przejedli cały kapitał. I znów krąży od posady do posady. "Kupię ziemię i założę gospodarstwo - planuje. - Na początek coś wydzierżawię".
- Ty sobie nie dasz rady - odradza Karol. - Najlepiej zasymuluj chorobę serca i idź na rentę. Dorobisz gdzieś, za granicę wyskoczysz, i będziesz godnie żył.
"Godnie - wygodnie - myśli Stasio. - Tylko jak tu wyjechać, skoro stan wojenny zrobili i paszportów nie dają..."
Stasio dostał spadek po cioci z Ameryki. Niewiele tego, ale dolary w stanie wojennym są na wagę złota. Kupił cykliniarkę. Chodzi po domach, szlifuje ludziom podłogi. Są z tego pieniądze. Nowe futro żonie kupił. Znowu na ziemię składa.
- Po co mu ziemia, folie, szklarnia? - mówi Karol do Benka. - Po co mu taki kłopot? Jak chce, może sobie u nas pracować...

Karol wybudował dom i zaraz wynajął Niemcom. Dom jest duży, wygodny. Obok stoją namioty foliowe. Frezje i goździki pielęgnuje głupi Jakub. Pracownicy zmieniają się bardzo często. Przeważnie nieudacznicy - najmują się za niewielką pensję, do tego dostają pokój w domku gospodarczym. Czasem jedzenie im Karol kupuje. Ale wódkę konfiskuje: robi w szafie rewizję, a gdy znajdzie butelkę, rozbija o ścianę przy pracowniku. Każdemu nowemu robi zdjęcie z profilu i en face i wkleja do albumu.
    - Ten album to moje listy gończe - mówi do Stasia. - Kartoteka głupków, przestępców, nieudaczników i świrów. Widzisz tego? - pokazuje palcem na zdjęcie młodzieńca w czapce z daszkiem. - Spał nawet w tej czapie. Kiedyś mi okradł garaż i zniknął. Na milicji wyjmuję mój album, a on już siedzi za gwałt. Własną ciotkę zgwałcił w Zambrowie. Z takimi ludźmi trzeba się męczyć w ogrodnictwie... A ty szlifujesz? Cyklinujesz?

 

"Różyczka"

powrót na górę

Głowa tej starej była niezwykła - duża, masywna, toporna, o siwej, krótko ostrzyżonej czuprynie. Twarz, pobrużdżoną głębokimi zmarszczkami, pokrywała sztuczna opalenizna. Nabita, mocna sylwetka zdradzała energię i siłę. Znawca warszawskich typów nazwałby ją kobietą interesu, arystokratką wśród przekupek, może cwaniarą, która swoje grzechy zaniesie w absolutnej tajemnicy prosto do Pana Boga, bez pośrednictwa spowiedników.

Wkroczyła do kancelarii adwokackiej, prowadząc za rękę dziewczynkę. Mała też była krępa, o grubych rysach i dużej głowie. Wierciła się, rozglądała i wypowiadała niewyraźnie jakieś słowa, spoglądając na siedzących w poczekalni interesantów.

Napięcie i energia, kontrolowane u babki, u dziecka bujały bezładnie. Nowe obserwacje czy myśli wypierały poprzednie i dziecko miotało się jak atom gazu, gnany przypadkowymi ruchami, zwanymi przez fizyków "ruchami Browna".

Na główce miała wełnianą, kremowo-białą, zawiązaną pod brodą czapeczkę. Z boku, nad czołem, naszyta była na tej czapeczce biała, wełniana róża. Oczy dziewczynki były przesłonięte okularami o mocnych, wypukłych soczewkach.

- Różyczka. To jest Róża. Różyczka - powiedziała stara kobieta niskim, matowym głosem. Zwracała się do wszystkich w poczekalni, na nikogo nie patrząc. Potem podeszła z dzieckiem do drzwi sekretariatu.
    - To ja dzwoniłam przed godziną. Zamówiłam miejsce - powiedziała.
    - Ale ja pani mówiłam, że u nas nie ma rezerwacji. Każdy przychodzi i sam zajmuje kolejkę - odparła sekretarka, drobna kobieta o długich, siwych włosach, związanych w węzeł. Swoją uwagę starała się złagodzić ciepłym, uprzejmym tonem głosu.
    - Aha.
    - Do mecenasa czeka tylko kilka osób - pocieszyła ją sekretarka. - Panie są we dwie i wchodzą razem - wskazała na pięćdziesięciolatkę w różowej bluzce, która siedziała ze starą, bladą matką o twarzy koloru niedosmażonego naleśnika. - Ten pan przyszedł pierwszy.
    Szczupły czterdziestolatek skłonił się w milczeniu.
    - A pani będzie czwarta, za tą panią - sekretarka spojrzała na kobietę o wielkich oczach, siedzącą naprzeciwko matki z córką.
    - Dobrze - zgodziła się stara. Puściła rączkę dziecka i zaczęła zdejmować płaszcz. Dziewczynka natychmiast pobiegła na korytarz. Stara wypatrywała miejsca.
    - Dwa dni temu zmarł mój syn - powiedziała tonem informacyjnym, nie zmieniając wyrazu twarzy. Powiesiła swój płaszcz na wieszaku w rogu poczekalni, pobiegła za dziewczynką, schwytała ją i zaczęła rozbierać.
    Mała, uwolniona z płaszczyka i czapeczki, znowu pobiegła na korytarz, ale wkrótce znudziła się, wróciła do poczekalni i stanęła przy babce, siedzącej obok szczupłego pana.
    - To tata? Tata? - wskazała palcem na mężczyznę i spojrzała pytająco na babkę.
    - Nie. To nie tata.
    - Nie tata? To tata? Pić! Pić!
    Pobiegła znów na korytarz.
    - Jadła z lodówki, ale nic nie piła. Nie piła przez dwa dni - zaczęła babka. - Dwa dni leżał nieżywy na łóżku w tej swojej kawalerce, zamknięty z Różyczką. Ja przewidywałam, że to się tak skończy. Wziął sobie młodą żonę... Ci aktorzy, prezenterzy, dziennikarze jak on - rozwodzą się i żenią z młodymi dziewczynami. Bo taki i sto milionów na miesiąc potrafi zarobić. A młodych dziewuch na pęczki, takie to dzisiejsze czasy. I kiedy urodziła się Różyczka, młoda żona zaczęła wyjeżdżać. Bawić się. On zostawał z dzieckiem. Wszystko przy małej robił, nikomu nie pozwalał sobie pomóc. Bo Różyczka jest dzieckiem specjalnej troski i syn uważał, że tylko on potrafi zrobić przy niej wszystko, co trzeba.
    Babka mówiła bez przerwy, spokojnym głosem. Sekretarka przyniosła Różyczce szklankę wody. Mała wypiła duszkiem.
    - Powiedz, gdzie tata? - spytała stara.
    - Tata. Tata. Tata? - powtórzyło dziecko i ruszyło znów na obchód korytarza i poczekalni. Szczebiocząc do siebie, Różyczka przystawała i czasem zwracała się do czekających z jakimś niezrozumiałym pytaniem.
    Skromna, niestara jeszcze kobieta siedziała w milczeniu, zatopiona w myślach. Cała jej energia uwięziona była na dnie wielkich, wilgotnych oczu. Mężczyzna wiercił się, zmieniał pozycję na krześle, otwierał i zamykał książkę i wodził wzrokiem za dzieckiem. Niekiedy spoglądał w głębokie, nieruchome oczy zamyślonej kobiety, jakby szukając tam spokoju i wyjaśnienia.
    - Ona wyjechała pół roku temu do Paryża. Syn był już po jednym zawale. Ale siedział i wszystko robił przy małej. W końcu stracił pracę. Ja mu pomagać finansowo zaczęłam. Bo ja bardzo dobrze zarabiam. Ciągle w ruchu jestem. Cały czas w aucie, od czterdziestu lat w interesach. Tramwajem od pięciu lat nie jechałam. Ciągle w ruchu jestem.
    - Zaglądałam często do niego. Nianię mu raz przywiozłam, ale wyrzucił ją. Sam chciał nieść swój krzyż. To nie była taka zwykła śmierć. Bo on powiedział niedawno: "Ja sobie coś zrobię...". Mnie wtedy tknęło przeczucie i mówię mu: "Jak chcesz, to zrób, ale nic nie rób dziecku, bo ono jest własnością społeczeństwa".
    Sekretarka nie wytrzymała z ciekawości, wyszła ze swego pokoiku i stała oparta o framugę drzwi. Różyczka podbiegła i przytuliła się do jej nóg. Ale zaraz, zaprzątnięta nową myślą, pobiegła do babki i chwyciła ją za rękę.
    - Idziemy! Idziemy!
    - Dobrze. Pojedziemy sobie autem na obiadek. Chcesz obiadek?
    - Pić! Pić! - mała przytuliła się do babci i pierwszy raz na dłużej znieruchomiała.
    - Telefonowałam dwa dni, aż w końcu poszłam do niego. Długo dzwoniłam do drzwi. Ale nie otwierałam, bo u niego był kilka dni wcześniej jakiś pan i zmienił dolny zamek. A potem się okazało, że ten nowy zamek był otwarty i mogłam otworzyć moim kluczem zamek u góry i wejść. Różyczka usłyszała mój głos, zaczęła płakać i już wiedziałam, że coś się stało. Policja weszła do mieszkania przez okno, z drabiny. Ciało leżało na łóżku, nakryte kołdrą. Syn wyglądał strasznie. Na twarzy miał sine plamy.
    - Tata? - krzyknęło dziecko, biegnąc korytarzem.
    - A Różyczka wołała "Pić!".
    Stara nagle zamilkła. Uniosła masywną głowę. Kobieta o wielkich oczach poruszyła się i spojrzała na babkę. Patrzyły na siebie bez słowa. Mężczyzna chciał coś powiedzieć, lecz tylko nerwowo zamrugał i zamknął książkę. Dwie panie - starsza o twarzy bladego naleśnika i jej pięćdziesięcioletnia córka - patrzyły na babkę Różyczki tak, jak poprzedniego wieczora spoglądały na ekran TV. Były wzruszone. Różyczka wybiegła na środek poczekalni. Wszyscy zwrócili na nią swoje spojrzenia. Dziecko, jak urzeczone, znieruchomiało. Babka wykorzystała ten moment, wstała, ujęła małą za rękę i przyciągnęła do siebie.
    - Pójdziemy na obiadek - powiedziała. - Pójdziemy i zaraz potem wrócimy.
    Włożyła małej na głowę czapeczkę. Biała, wełniana różyczka zakwitła nad lewą skronią dziewczynki. Gdy zostały zawiązane pod brodą kokardy utrzymujące czapeczkę, babka, przytrzymując wyrywające się dziecko, zaczęła wsuwać pod czapkę, za uszy małej, te druciane okularki o grubych soczewkach.

powrót na górę


 

Opowiadania Jana Krzysztofa Piaseckiego opublikowane w kwartalniku literackim PODGLĄD:
Ostatni tydzień na rowery
Kazimierskie

Copyright © by Jan Krzysztof Piasecki


Ostatni tydzień na rowery

Ostatni tydzień na rowery – powiedział Wiktor.

Słońce przypieka, jest jeszcze zielono, ale tutaj na północy chłody przychodzą wcześnie. Złocą się przerzedzone korony brzóz, klony już spłonęły i tracą barwy, a maliny wkrótce zetnie przymrozek i to będzie nieomylny znak końca sezonu. Tymczasem w moim domu przeobrażonym w bazę turystyczną goszczą Wiktor i Jurek. Przyjechali z Warszawy starym autem, ale rowery mają kosmiczne, lekkie jak piórko. Jeżdżą jak szatany, chociaż to starsi panowie jak ja.

Pierwszego dnia wybrali się na rozgrzewkę, zatoczyli wielki łuk, 60 kilometrów. Jurek Wiktora zagonił; on ma uszkodzone kolano. Nazajutrz Wiktor nie chce jechać, Jurek nalega.

– Pokażę wam ładną trasę.

Wyprowadziłem ze stodoły mój stary rower.

– To Mustang, pierwszy polski rower górski – powiedział Wiktor z uznaniem.

Rower miał uszkodzoną przerzutkę, spadał łańcuch. Wiktor pomajstrował, dokręcił śruby i ruszyliśmy.

Wzgórza Sokólskie – przed wojną Grodzieńskie – są wymarzone do rowerowych rajdów. Żwirowe drogi, spadki, podjazdy, wspaniałe widoki pofałdowanych pejzaży z charakterystycznymi stożkami, które kryją we wnętrzu złoża piachu i żwiru przywleczonego przez lodowiec z Karelii. I te laski, rozległe pola, olszyny nad rzeczkami... Stada krów...

Jechaliśmy krętymi żwirowymi drogami, minęliśmy zadbaną wieś przeciętą unijnym asfaltem, skręciliśmy na szeroki wyboisty trakt przez wioskę L. i wreszcie dotarliśmy do następnej drogi asfaltowej – łączyła ona wsie leżące przy granicy z Białorusią. Wiktor robił zdjęcia. Miał kilka aparatów, fotografia była jego drugą pasją.

Duży murowany dwór w Pawłowiczach był ogrodzony. Strzegła go staruszka, która podobno odzyskała tę posiadłość od Państwa. Stąd się wszystko zaczęło 400 lat temu; Wołłowiczowie wznieśli tu pierwszą siedzibę, a potem kościół parę kilometrów dalej. Członkowie rodu tworzyli, obejmowali, dziedziczyli, a czasem sprzedawali kolejne majątki. Tak powstała struktura dworów, zburzona potem przez powstania i wojny. Włości przechodziły z rąk do rąk, aż do upaństwowienia przez władzę ludową, która rozparcelowane grunty przekazała we władanie chłopom. W mojej posiadłości też stał dwór, a właściwie duży drewniany dom dziedzica. Istniał jeszcze po wojnie, ale geometra tak narysował drogę, że dom znalazł się na jej środku... Pan Janek, który dostał ziemię wokół siedziby majątku, rozebrał dwór i z jego elementów postawił dom w innym miejscu; nie mógł wszak mieszkać na drodze...

Pognaliśmy asfaltem ku wiosce A. Mocno nacisnąłem na pedały i wyprzedziłem moich dwóch orłów. Byli pod wrażeniem. Ale ja mieszkałem na wsi, żyłem zgodnie z naturą, pracowałem fizycznie... Taki tryb życia daje lepszą kondycję, niż nawet najlepsze treningi rowerowe mieszkańców zatrutej aglomeracji.

Wieś A. rozciągała się za zakrętem w lewo. Drewniane domy stały prostopadle do brukowego traktu. Przedłużeniem domu bywała część gospodarcza, w której dawniej trzymano bydło. Ogródki były zadbane, przed domostwami czysto. To właśnie różniło te strony od mazowieckiej prowincji – ludzie dbali o swoje otoczenie.

Zatrzymaliśmy się koło starej studni. Stało tam dwóch obywateli – jeden widocznie podpity, kulawy, pokręcony, ale wesoły i pełen życia. Drugi, jego adwersarz, trzymał się prosto i miał mniej w czubie. Ten wesoły wzbudził zainteresowanie kolegów. Wesołek przemawiał do Jurka, potem odwracał się do ziomka, odganiał go lub szturchał. Fotografowałem ich, potem stary dom.

– Ile ma lat?

– Ja? – spytał wesołek.

– Nie, ten dom.

– 150 lat, albo i więcej. To mojego wujka dom był. A ty nie pijesz? – spytał wykrzywiając komicznie gębę.

– Nie, nie piję i nie palę – odparłem.

– A ruchasz? – wypunktował mnie wesołek...

Odjechałem, chłopaki dalej gawędzili. Wesołek podszedł do ziomka i kopnął go w nogę; sam zachwiał się przy tym i o mało nie przewrócił.

– Wracamy! – krzyknąłem.

Wiktor podjechał do mnie, a Jurek jeszcze chwilę „gawędził”.

– W każdej wsi są takie pijaczki – powiedziałem. – Zazwyczaj stoją pod sklepem i piją piwo. Tu ludzie nawet po wódce są dość spokojni, ten jest wyjątkowo pobudzony.

Puściliśmy się pędem asfaltową drogą. Dojechaliśmy do naszej wsi, skręciliśmy w lewo w drogę żwirową i zjechaliśmy w prawo na podwórze Rosy.

Dom stał daleko od drogi. Rosa była wdową; borykała się z pijącym synem, słabą ziemią i bólem istnienia, który niekiedy łagodziłem. W chylącej się oborze stało siedem krów. Dom był długi jak hangar, drewniany, podmurowany, a prowadziły do niego spróchniałe schodki. Na łańcuchu przed wejściem koło budy pod jabłonką siedział znudzony amstaff.

Rosa była w sadku. Wyglądała pięknie; szczuplutka, młodsza od każdego z nas o kilkanaście lat. Wiktor wyciągnął aparaty i rzucił się do robienia zdjęć. Rosa bardzo mu się spodobała.

Pojechali do mojej nieodległej posiadłości, a ja poszedłem z Rosą do domu.

– Pokażę ci zdjęcie, może ich znasz? – wcisnąłem guzik w aparacie cyfrowym, wyszukałem i powiększyłem na ekraniku fotografię wesołka.

– Byliście w A.? To tamtejszy pijak, wszyscy go znają. Drugi na fotografii ma gospodarkę obok wujka Szymona. Pomagali sobie.

– To już nie pomagają?

Rosa postawiła przede mną herbatę.


Szymon, kuzyn mojego zmarłego męża, mieszkał z rodziną w domu przy drodze przez wieś. Mieli kilkanaście hektarów ziemi – zaczęła opowieść Rosa. – Pracował na stacji przeładunkowej przy granicy, był brygadzistą. Wiosną 2011 zginął tam w wypadku. Wszedł do wagonu z klocami drewna, a operator ładowarki skierował ramię maszyny nad wagon i wrzucił nowe kloce. Przygniotło go i zmiażdżyło. Prokurator orzekł: samobójstwo. Dlaczego? Gdy pracownik wchodzi do wagonu by poprawić kloce, zgłasza to operatorowi i ten nie ładuje. Wujek nie zgłosił. Dlaczego?

Wujek Szymon miał żonę i trzy córki. Po sąsiedzku, w domu obok mieszkała rodzina kierowcy tira: zwalisty mężczyzna, jego żona i córki. Zwalisty zadał się z żoną Szymka, zrobił jej synka. To dlatego żona Szymona wysłała męża do roboty przy przeładunkach, żeby mieć czas spotykać się z sąsiadem. Bo wcześniej Szymek tylko ziemię obrabiał.

Szymon wiedział o romansie żony – ona się nawet chwaliła, że synka zrobił jej sąsiad, „bo Szymon nie umie syna zrobić”... Żona Zwalistego też wiedziała. Zwalisty śmiał się z niej. „Co mi zrobisz?, pierdolę sąsiadkę, bo ją kocham” – wyjaśniał. I bił ją. Zaś Szymon inaczej, on nie tknął żony, nie bił, cierpiał w milczeniu. Mówią ludzie, że gdyby Szymon dał swojej babie porządnie po nerach, to by tego nieszczęścia nie było. Ale nie, Szymek zamykał się w sobie. I w marcu ten wypadek. Niektórzy mówią, że może Szymek tylko poszedł do wagonu za potrzebą, albo trochę się ogrzać? Tak czasem pracownicy robili.

A Zwalisty? Popełnił samobójstwo. Bo jak Zwalisty chwalił się żonie romansem z sąsiadką, to ona wrzeszczała i przeklinała go. On za to odpłacał jej biciem. Przychodziła pracownica socjalna do domu, oglądała siniaki żony; zrobiono kilka obdukcji, złożono skargę do prokuratury. I wsadzili Zwalistego do więzienia. Posiedział i skruszał. Wrócił zmieniony, zupełnie nieswój. Dali mu tam wycisk w więzieniu; ludzie mówią, że go współwięźniowie dobrze wymłócili... Nie bił już żony, zgody szukał, przy córkach chciał zostać. Na tirach nie jeździł, bo karany był. Jeszcze raz poprosił żonę o zgodę, ale ona nie chciała z nim być. Wieczorem poszedł do garażu, zamknął drzwi, włączył silnik samochodu i otruł się spalinami.

Baba Zwalistego znalazła sobie chłopa. I baba wujka Szymona kogoś ma. Córki dorastają, jedna już się wydała i do Anglii z mężem wyjechała jak większość młodych.

– Domki wdów stoją obok siebie przy szosie, zadbane, obłożone kolorowymi panelami z plastiku. Obok stoi dom tego nicponia z twojego zdjęcia. Wdowy często się odwiedzają, zaprzyjaźniły się – zakończyła opowieść Rosa.

– Jedziesz i myślisz jaka to zadbana wieś, jacy porządni i pracowici ludzie tutaj mieszkają – zauważyłem.

– A jeszcze ci powiem o drugim nieszczęściu. Widziałeś sklep w A.? Właściciele mieli syna, był w klasie maturalnej. I pewnego dnia powiesił się w garażu za domem.

– Dlaczego?

– Miał w szkole dziewczynę. Koledzy drwili z niego, wyśmiewali się, że nie dla niego taka ładna dziewczyna. Zmarkotniał. Nie wytrzymał.


Wróciłem do domu. Na kolację jedliśmy grzyby. W lasach jest mnóstwo opieńków, nazbierałem na przyjazd chłopaków.

Przy stole opowiedziałem historię zasłyszaną od Rosy.

– Skąd takie tragedie? Jakieś fatum ciąży na tutejszymi ludźmi?

– Są bardzo emocjonalni – powiedziałem. – Jak dzieci. Urazę biorą sobie do serca, zacinają się, rozpamiętują.

– Nie potrafią żyć z cierniem w duszy – podsumował Jurek z nutką patosu czy kpiny.

– Syn Rosy też przeżywa dramat. Ale on wybrał inny sznur – powiedziałem.

– Jaki?

– Alkohol.


Chłopaki odjechali.

– Zwalisty też przeżył tragedię – Rosa uzupełniła swoją opowieść. – Syn mu się utopił.

– Ten, co go zrobił sąsiadce?

– Nie. Miał syna z żoną. To były dawniejsze czasy, przed tym jego romansem, za komuny. Pojechał z żoną i chłopakiem do Grodna na zakupy. Polacy coś tam zawozili, coś przywozili i był dobry zarobek. Zwalisty wysadził żonę z synem nad Niemnem i pojechał do miasta po towar. Było gorąco. Chłopak wszedł do rzeki ochłodzić się i nurt go porwał. Szybko go wyłowiono, ale nieżywego. I rodzice przewieźli go przez granicę do Polski, do domu. Posadzili chłopca na tylnym siedzeniu auta i tak ułożyli ciało, że wyglądało, że śpi. Przejechali. Bo inaczej to pewnie zostałby za granicą pochowany.

– To wstrząsające! – zdumiałem się. – Naprawdę?!

– Tak.

"Nie potrafią żyć z cierniem w duszy", wspomniałem słowa Jurka. Czy przemiana, romans i upadek Zwalistego zaczęły się od tej tragedii?

Wesołek spotkany w trakcie naszej rowerowej wycieczki żył jeszcze niewiele ponad rok. Znaleziono go w A. pobliżu starej studni przy ulicy; wracał nocą pijany do domu, tam się przewrócił i zamarzł. Selekcja naturalna naszych obywateli postępuje w zastraszającym tempie. Kto tu zostanie? Albo postawmy pytanie inaczej – kto przyjdzie?









Kazimierskie



Czekaliśmy na światłach w Soce. Po pasach kroczyli przechodnie – para starych chłopów zwanych obecnie rolnikami, kilkoro zamyślonych obywateli – zapewne dzieci chłopów – nieśpiesznie zmierzających do pracy w Soce, kobieta pchająca wózek z bliźniakami, spóźniona uczennica śpiesząca do szkoły za rogiem ulicy. Za następnym skrzyżowaniem otworzyły się przed nami dwa rzędy niewysokich kamieniczek – przetrwały wojnę, tak jak i stojące między nimi stare parterowe domy drewniane. Z naszej wsi, przedzierając się przez błoto dróg lokalnych i potem szosą powiatową dotarliśmy do Soki w pół godziny, a od miejscowej metropolii dzieliło nas jeszcze trzy kwadranse jazdy.

Władek nie wyruszał autem dalej niż do Soki; o zawiezienie do Białegostoku do córki poprosił mnie. Był to mój ulubiony sąsiad; chętnie się zgodziłem i właśnie byliśmy w drodze.


Alicja zachorowała w ubiegłym roku.

– Zobacz w internecie, co to za choroba – poprosił Władzio.

Wyszukałem w sieci opisy różnych odmian białaczki, a on wygrzebał z kieszeni karteczkę z nazwą.

– Niedobrze – powiedziałem. – Ale medycyna zrobiła postępy...

Teraz, po trzech chemiach, Alicja miała remisję – włosy jej odrosły, czuła się dobrze. W niedzielę mąż zawozi ją na Śląsk do kliniki na przeszczep szpiku.

Zaparkowałem. Wyjęliśmy z bagażnika torby pełne żywności z gospodarstwa i tak obładowani dotarliśmy na pierwsze piętro pobliskiego bloku. Usiedliśmy w większym pokoju. Przycupnąłem na sofie koło niskiego stołu; na drugim końcu siedziała Alicja, Władek na krześle. Pokój tchnął pustką i chłodem. Pod ścianą na stoliku stał wielki płaski telewizor, a nad nim w ścianie tkwił duży gwóźdź; widocznie wcześniej wisiał tam obraz.

Ojciec zamieniał z córką jedno czy dwa zdania, po czym zapadało kłopotliwe milczenie. Wyszedł na balkon zapalić papierosa; zagadnąłem Alicję o tutejsze rozległe podmiejskie osiedle bloków i o sposób uprawy storczyków. Opowiedziała o swoich kolorowych pociechach, zaraz wrócił Władek i rozmowa potoczyła się raźniej. Za chwilę przyszedł mąż Alicji i usiadł na drugim krześle. Brzuch miał jak kobieta w ciąży. Od piwa i tłustego jedzenia, pomyślałem. Ich chłopak był w szkole. Po południu wróci i będą w komplecie wyczekiwać niedzieli, kiedy to mąż powiezie żonę w nieznane...

Władek i mężczyzna w ciąży jeszcze kilka razy wychodzili na balkon palić papierosy, a ja ciągnąłem blokowo-storczykową rozmowę.

– Ładnie pani włosy odrosły – ośmieliłem się zauważyć.

– Tak – potwierdziła. – Jestem zdrowa w tej chwili. Ale nie wiadomo, kiedy białaczka powróci. Może za pięć lat, a może za miesiąc...

Poszli we troje do kuchni, ja pozostałem na swojej pozycji na sofie.

– Masz tu na podróż – słyszałem przyciszone głosy. – A to na wydatki, na opiekę... – Mam, mam pieniądze, zabiłem świnię, sprzedałem trzy cielaki... – dochodziły do mnie strzępy rozmów. Rozmowa w kuchni ożywiła się. Potem wyszli do holu. Wstałem z sofy i podszedłem do wieszaka po kurtkę.

Władzio obejmował córkę i płakał. Łzy leciały mu ciurkiem, pociągał nosem. Tulił ją i całował po twarzy.

Doświadczył los tego twardego człowieka. Półtora roku temu w parku w Białymstoku zabito mu syna. Był celnikiem, a to zawód ryzykowny. Teraz choroba córki...


Wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy na drugi koniec osiedla. Mieszkała tu druga córka Władzia. Wokół było jeszcze bardziej pusto i smutno, tabliczki na domach nieczytelne, długo szukaliśmy właściwego bloku. Osiedle było nowym miejscem do życia dla bardzo wielu mieszkańców podlaskich wsi, którzy przenieśli się do wojewódzkiej metropolii. Betonowa wieś z asfaltowymi miedzami i zagonami trawników, na których pasą się kosiarki i psy – pomyślałem.

Wnieśliśmy na górę następne torby z mięsem i wiktuałami z władkowego gospodarstwa. Zasiedliśmy w niedużym pokoju obok łóżeczka rocznego dziecka. Tutaj nie odczuwało się pustki, raczej ciasnotę. Pod ścianą na stoliku stał telewizor, równie wielki jak w poprzednim mieszkaniu. Nadawano turecki serial współczesny, dźwięk był wyłączony.

Druga córka Władzia była zdrowa. To dziecko urodziła późno, przed czterdziestką; poprzednie już dorastały. Energiczna, rzeczowa, starsza córka formalnie władała gospodarstwem Władzia. Ojciec musiał się ziemi pozbyć, by dostać emeryturę. Czemu przepisał na nią, a nie na któregoś z synów?

Koło telewizora stały storczyki. Ale nie musiałem ratować rozmowy. Kobieta była rozmowna. Po zdawkowych uwagach zagłębiła się z ojcem w dyskusję o przyszłości gospodarstwa.

– Kuderko naprawdę chce wydzierżawić Kazimierskie?

– Udaje – odparł Władek. – Chce kupić.

– To spytaj go ostatecznie o dzierżawę. A jak nie, to niech idzie. Ziemi nie sprzedajemy!

– Pewnie, że nie.

– Ale ty Władziu nie możesz tak ciężko pracować – wtrąciłem się. – Przecież masz chore serce, a hektarów ze czterdzieści.

– Trzydzieści siedem z olszyną – sprecyzowała córka.

– Jeszcze tylko dwa lata – powiedział Władzio – dwa lata dopłat z pięciu, co się zobowiązałem. Jakbym podpisał dzierżawę, to zwrócić bym musiał za poprzednie trzy lata. Potem już na pewno wydzierżawi się komukolwiek na piśmie, oficjalnie.

– A Kazimierskie to który kawałek? – spytałem.

– Ten koło Morgana. Sześć hektary tam jest – powiedział Władzio.

Dalej rozprawiali o ziemi. Gapiłem się w telewizor. Akcja wyraźnie nabierała rumieńców. Piękna młoda kobieta rozmawiała w pokoju z blondynem, gdy brunet, główny bohater serialu, wtargnął z korytarza i walnął blondyna czołem w nos. Tamten upadł, wstał, coś tłumaczył i dostał jeszcze raz. Akcja przeniosła się na salę porodową. Umierała tam młoda matka, której nowonarodzone dziecko trzymała na rękach położna. Ktoś zawiadomił bruneta, który pobiegł korytarzami, wpadł na salę i bezgłośnie krzyczał i szlochał nad zmarłą.

– Nie sprzedamy! – powtórzyła z mocą córka Władzia.

– Zapalę – powiedział Władek i wyszedł na balkon.

– Jest kilku dawców dla Alicji – powiedziała starsza córka.

– Po co kilku?

– Jak jeden zachoruje czy coś mu się stanie, to biorą krew od następnego.

– Krew, a nie szpik?

– Dawniej pobierali szpik, teraz biorą od dawcy krew i jakoś ją przetwarzają.


Wracaliśmy. Władek musiał zdążyć na popołudniowe "uprawianie się", jak w tych stronach nazywano obrządzanie zwierząt. Twarz jego była znów bez wyrazu, jedynie lekko zamglone lecz bystre oczy zaświadczały o inteligencji i uczuciach trzymanych na wodzy.

– Jak tam twoja Urszula? – zapytałem.

– Uspokoiła się. A mówią, że ożeniłeś się z Rosą?

– Naprawdę? Gdzie to słyszałeś?

– Pod sklepem Gruszy.

– Nie widziałem Rosy od listopada, od ponad trzech miesięcy – odparłem. – Ona się nagle obraża i znika; wpada w depresję, nie odpowiada na telefony. Woziłem ją parę razy autem do banku koło sklepu Gruszy i stąd te plotki od miejscowych pijaków. A tego dnia co ją ostatni raz widziałem przyszła do mnie i mieliśmy jechać na targ. Do tego dnia było dobrze między nami. Przyszła godzinę za wcześnie, o szóstej, bo nie mogła spać. W depresji źle się sypia, człowiek jest taki napięty, rozproszony... Usiadła na krześle w kuchni, wierci się i pogania mnie. Mówię, że umówiliśmy się na siódmą. I żeby zdjęła kurtkę. Ona, że nie. Nawet czapki i rękawiczek nie ściągnęła. Ja sobie robię śniadanie, potem poszedłem się ogolić. Było dwadzieścia minut przed siódmą. Z łazienki słyszę trzask drzwi. Wybiegłem za nią. "Rosa, Rosa! Dokąd idziesz!?" – krzyczę. A ona odwraca się i mówi: "Co ty sobie ze mnie jakąś kurwę na posyłki robisz!?" Poszła szybko do drogi i tyle ją do dzisiaj widziałem. A na Wigilię nie odebrała telefonu.

– Trudna jest – przyznał Władek. – Ale kochałeś ją.

– Kochałem. Lecz Bóg nakazał nam kochać również siebie. A co ja bym w takiej sytuacji zrobił związany ślubem?

– Przyjdzie jeszcze do ciebie – zawyrokował.

– Wiem, zawsze przychodzi, siada na progu, nie ma temu końca...

Pomyślałem, że Rosa i Władek są podobni. Oboje pełni uczuć, które tak fatalnie w nich zalegają. Oboje chudzi, bystrzy, pełni stłumionych marzeń i niespełnionych aspiracji. Może to oni byliby najlepszą, właściwą parą? Zresztą przed laty, po śmierci żony, Władek oświadczył się Rosie, ale dała mu kosza.

– Kobieta jest niepewna – powiedział Władek.

– A co jest pewne?

– Ziemia!

– Na przykład Kazimierskie?

– Na przykład.

– Kiedy ten kawałek kupiłeś?

– Dawno. Chodzili z urzędu gminy i proponowali, żeby kupić te zaniedbane grunty po pegeerach. Niewielu chciało brać. Brakowało maszyn, trudno było uprawić każdy dodatkowy hektar. Ja wtedy dokupiłem. A teraz się biją o każdy kawałek.

– Wprowadzono ustawę, że tylko rolnikowi można ziemię sprzedać – powiedziałem. – Ale ustawę złagodzą, albo ludzie znajdą sposoby, żeby ją omijać. Ziemię kupią Warszawiacy tacy jak ja, tylko bogatsi. Założą stadniny koni, pola golfowe, wczasowiska. Ludzi będzie mało. Potem przyjdą Chińczycy i jak okiem sięgnąć będą pola uprawne i dom przy domu. A w basenie pod sosnami w Sz. nareszcie będzie się miał kto kąpać – zakończyłem.


Dojechaliśmy do Soki. Władek poprosił, żeby stanąć na parkingu za światłami.

Weszliśmy do smażalni kurczaków. Był to drewniany pawilonik przy głównej ulicy. Za oknem mknęły tiry ku granicy z Białorusią, ale wewnątrz było przytulnie i dość cicho. Dwa stoliki dla gości, witryna z piwem i napojami, za ladą dziewczyna, zapach smażonego drobiu. Władek zamówił wiaderko skrzydełek na wynos.

– Dobre miejsce – powiedziałem. – Przydałoby się takie w Sz.

– Kiedyś Waśka mechanik piwiarnię otworzył: goście zamawiali przeważnie jedno piwo, długo siedzieli przy stolikach i pili przyniesiony ze sobą alkohol. Powrócił Waśka do samochodów.

– Sz. jest zbyt małe. Chociaż ja koło szkoły bym coś takiego otworzył, na dwa stoliki, bez piwa. Gdybym miał z kim i byłbym o dwadzieścia lat młodszy.

– Pewnie, mógłbyś – zgodził się Władek.

Zajechaliśmy pod dom.

– Mijają nasze czasy – powiedziałem.

– Mijają – przyznał Władek. – Wstąpisz na skrzydełka?